Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZA GRANICĄ. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZA GRANICĄ. Pokaż wszystkie posty
Edynburg Pachnie Deszczem

Edynburg Pachnie Deszczem

 

Edynburg Szkocja

Edynburg odwiedziłam równo rok temu. Był to spontaniczny weekend na dobry początek roku i pierwszy trip z Grzesiem przed naszą wspólną eskapadą do Wietnamu.  Przyjechaliśmy jak było już ciemno, więc po odnalezieniu naszej kwatery zrobiliśmy sobie wieczorny spacer. Nie mogłam zobaczyć jeszcze miasta w pełni ale już mogłam stwierdzić, że będzie mi się tu podobać, nawet jak Edynburg szykował dla mnie nie lada wyzwanie…..

Ranek zawitał z cudowną aurą. Pochmurną aurą. Znacznie pochmurną aurą. No taką aurą, że pewnie będąc w Polsce nie chciałoby mi się wyściubić nosa z pod kołdry a co dopiero wystawić stopę poza mój własny metraż. Chmury to jednak rzecz normalna w styczniu, ale tu zaczęło lekko mżyć i wiać. Pogoda typowa na Wyspach.  Opuszczając pensjonat zadowolona że mam składaną parasolkę rozłożyłam ją dumnie tylko po to aby silny podmuch wiatru totalnie ją wykręcił i wylądowała zaraz w pobliskim koszu. Peszek.

Craigmillar Castle

Wyruszyliśmy do pobliskiego centrum handlowego poszukać jakiegoś śniadania. Wyboru zbytnio nie było więc pierwszy otwarty punkt serwujący coś ciepłego nie pozostawiał dużego wyboru. Co ja bym dała za choćby bułę z Subwaya po tym „śniadaniu”.  Opuszczając supermarket wyruszyliśmy zobaczyć ruiny zamku  Craigmillar, który jest jednym z najlepiej zachowanych średniowiecznych zamków Szkocji. W drodze na przystanek zastanawiałam się czy dobrze zrobiłam nie kupując jednak  parasolki. Deszcz zaczynał mocno siąpić a my mieliśmy niezły kawałek potem do przejścia.  Jednak i  tak bardzo mi się podobało. Krajobraz edynburski był tak dla mnie inny od tych wszystkich południowych krajóweuropy i ich architektury.  Kamienne murki, łąki nawet w tej fatalnej pogodzie mnie nastrajały pozytywnie. Zamek znajduje się  ok. 4-5   km od miasta. Bardzo miła Pani, chyba mocno zaskoczona, że ktoś w ogóle pojawił się tutaj odpowiedziała na wszystkie pytania i mogliśmy wejść na teren zamku przez piękną, kutą bramę, przez która kiedyś przejeżdżała zapewne Maria Stuart. 

craigmillar castle
KUCHNIA GDZIE PONOĆ MIESZKAŁA MARIA

Królowa zatrzymała się tutaj raz po porodzie syna 20 listopada 1566 roku i została do 4 grudnia jako rekonwalescentka bo się pochorowała biedaczka.  Ponoć zajmowała wtedy  pomieszczenie kuchenne z racji tego że było mniejsze i znajdował się tam kominek dający więcej ciepła. Jednak niektórzy twierdzą, że zajmowała większe pomieszczenie we wschodniej części zamku.  W czasie  pobytu   zawarto za plecami Marii  tzw. „Craigmillar Bond” mający na celu zamordowanie jej męża Lorda Darnleya. Został on podpisany przez Sekretarza Stanu Marii, oraz kilku szlachciców. 

Sam Zamek powstał w późnym XIV wieku i jego twórcami była rodzina Prestonów. Cała jego budowa  rozciągnęła się na XV i nawet XVI wiek. W 1639 roku zmarł Sir Robert Preston i zamek przeszedł w ręce jego odległego kuzyna Davida Prestona, którego syn sprzedał potem zamek politykowi i sędziemu Sir  Johnowi Gilmor w 1660. Sir John kupił jeszcze sąsiadującą posiadłość  The Inch do której potem się przeniósł z rodziną  opuszczając Craigmillar.  Zamek został zrujnowany w 1775 roku, co prawda była propozycja odbudowy z myślą o królowej Victorii ale ona odwiedziła Craigmillar tylko raz i cały plan upadł. 

CRAIGMILLAR CASTLE

Spacer po zamku był idealną możliwością schronienia się przed deszczem i wyobrażenia sobie jego dawnej postaci. Odnalazłam oczywiście kuchnię z kominkiem gdzie ponoć miała przebywać Maria. Pomyślano nawet o atrakcji dla turystów i zostawiono duże szachy do zabawy. Ja umiem tylko w Warcaby grać jeszcze z dzieciństwa.  Deszcz i wiatr nie ustawał a nam trzeba już było porzucić średniowiecze i wrócić do miasta. Jak tylko dorwałam sklep z parasolkami od razu się zaopatrzyłam w porządną bo skończyły się przelewki. Krótki odpoczynek na ciepłej herbatce, spacer po centralnej części miasta, fotka przy kolejnym zamku i dalej w drogę dzielnicy Dean Village, która kiedyś stanowiła  oddzielną wioskę aż do XIX wieku kiedy to zostałą ona kupiona przez  Johna Learmontha. Powstał też most przez rzekę Leith. Na tym mostku wszyscy robią zdjęcia, więc to jest chyba najsłynniejsza sceneria fotograficzna jeśli chodzi o to miejsce. Gdyby pogoda dopisała byłoby jeszcze piękniej ale mnie ten zakątek Edynburga całkowicie zauroczył. 

DEAN VILLAGE
DEAN VILLAGE

DEAN VILLAGE SCOTLAND

DEAN VILLAGE EDINBURGH

Po krótkim spacerku udaliśmy się w stronę morza  ale robiło się już coraz ciemniej więc trzeba było zawrócić do centrum. Na ukończenie dnia spędziliśmy trochę czasu w księgarni Waterstones i przepadliśmy tam na trochę czasu. Łaziłam tylko góra dół zmieniając działy i zastanawiając się co kupić. Miło było zobaczyć na dziale Fantasy naszego Wiedźminia wyeksponowanego na półce. Dział dziecięcych bajek to było dopiero coś dla takiej fanki. Nie wspomnę o klasyce. Zdecydowałam się na książki typowo szkockie więc kupiłam dwie historyczne, oczywiście jedna o Marii Stuart a także szkockie bajki ludowe. Grześ również zakupił kilka ale coż jak się książki kocha to się z nimi wraca. Pamiętam jak tachałam kiedyś książki ze stanów. Musiałam dodatkową małą walizkę  na to wszystko kupić. Pomimo deszczu, wiatru no tak fatalnej pogody jakiej ja w Polsce rzadko doświadczam stwierdzam że było i tak świetnie i powrócę do Szkocji. Obym ogarnęła tylko ten ruch po innej stronie bo gdyby nie Grześ to pewnie bym się pogubiła w autobusach i przystankach.


EDYNBURG


EDYNBURG

EDYNBURG, SZKOCJA, EDINBURG, SCOTLAND

DODATKOWE INFO:

Koszt wejścia do zamku Craigmillar to 6 funtów

Jeśli chcecie obejrzeć film o Marii Stuart to w miarę dobrze trzymający fakty jest niedawny film z 2018 roku „Maria Królowa Szkotów”, choć filmy historyczne trzeba zawsze oglądać ostrożnie bo łatwo tu o przeinaczenie niektórych faktów, nadinterpretację i pominięcie niektórych wątków z racji ograniczonego czasu filmu.

Powstał też  serial „ Reign” w polskim tłumaczeniu „Nastoletnia Maria Stuart”, który jest całkowitą bajką fantasy. Mam wrażenie, że to wariacja wykorzystująca historyczne postacie do stworzenia czegoś dla nastolatków na wzór sagi „Zmierzch”. Oby  młodzież była świadoma tego faktu i nie czerpała wiedzy historycznej. Sam serial ogląda się całkiem przyjemnie. Ładni aktorzy, w tym Megan Follows jako Katarzyna Medycejska, ciekawie i wyraziście zagrana. Dobra Muzyka i piękne stroje, które są współczesną wariacją historyczną. Oprócz ramowych wydarzeń związanych z historią reszta to całkowita fikcja.



Wspominki z Podróży: Rodzinny trip na Litwę

Wspominki z Podróży: Rodzinny trip na Litwę


Podróżowanie w czasie pandemii stało się nie tylko bardzo utrudnione, ale jest to ogromne wyzwanie.  Sprawdzanie gdzie można pojechać, czym pojechać, czy trzeba robić testy, czy jest kwarantanna naprawdę zawrotu głowy można by dostać przy planowaniu czegokolwiek. Ponieważ to lato stanęło mówiąc dosłownie w kraju i co najdalej w Europie nie pozostało nic innego jak postawić na samochód i niedalekie kierunki.

Pierwszym takim kierunkiem była nasza sąsiednia Litwa. Dawno mnie nie było u naszych sąsiadów a kiedyś moi rodzice regularnie odwiedzali Druskienniki zabierając nas czasem ze sobą.   I właśnie od tej miejscowości zaczęła się nasza podróż. W Druskiennikach   wzięliśmy nocleg na dwa dni i zaczęliśmy krótkie zwiedzanie znajomych kątów.  Jest to miejscowość, która przez lata bardzo ewoluowała. Mamy tu wiele „sportowych” atrakcji. Dla amatorów wodnych atrakcji jest Aquapark,  rowerki wodne na jeziorze. Sporty zimowe? Czemu nie. Został tu wybudowany  kryty stok narciarski i kolejka linowa która cię do niego zabierze z samego centrum miasta. Hmmm, a może by się trochę powspinać? Też znajdzie się park linowy. No nie wspomnę o rowerowych trasach po lesie. Tak więc można wypocząć również aktywnie.








Nie zapominajmy, że Druskienniki to największe,  najnowocześniejsze klimatyczne i balneologiczne  uzdrowisko   na Litwie jak i w całej Europie. Mamy tu źródła  mineralne, pokłady borowiny i liczne sanatoria z centrum balneologicznym.  To dzięki dekretowi  króla Polski Stanisława Augusta Poniatowskiego z 1794 roku miasto otrzymało status miejscowości leczniczej. Warto też wspomnieć o Józefie Piłsudskim,  który odwiedził  razem z rodziną Druskienniki w 1924 roku. Zamieszkali w bardzo skromnym domku gdzie kończył pisać swoją książkę  pt: „Rok 1920” Przytrafiła się też Piłsudskiemu choroba, ale opieka lekarska i uzdrowiskowe właściwości miasta przyczyniły się do spopularyzowania Druskiennik a sam Piłsudski otrzymał w 1928 roku honorowe obywatelstwo miasta.My tym razem nie korzystaliśmy z  żadnych sanatoriów czy masaży. Zrobiliśmy sobie objazd i spacer po miasteczku, wjechaliśmy kolejką zobaczyć stok, odwiedziliśmy muzeum stalinizmu w małej miejscowości Grutas ok. 8km od Druskiennik i pozjeżdżaliśmy na zjeżdżalniach w Aquaparku. Oczywiście obowiązkowo chłodnik i cepeliny w restauracji Nad Niemnem, oraz zupa chilli i pizza w kolejnej popularnej knajpie Sycylia.


Z Druskiennik zrobiliśmy sobie wypad do Wilna. Przyznaję, że byłam w stolicy Litwy raz  za czasów liceum. Przyjechałyśmy tu z dziewczynami ze szkolnego chóru na festiwal kultury polonijnej. Trochę lat upłynęło od tego czasu. Wilno to  Ostra Brama, od której zaczyna się zwiedzanie. Nasze przyznaje było bardzo utrudnione tego dnia bo co chwilę padał deszcz. Tak więc chroniliśmy się w Kościołach gdy zaczynało padać, a że w Wilnie jest ich 40 to nie było dużego problemu. Najsłynniejszy to Św. Piotra i Pawła na Antokolu. Ze starówki przenieśliśmy się na nasz piękny polski cmentarz na Rossie, który zrobił na mnie ogromne wrażenie. Tyle pięknych i starych pomników i to położenie na wzgórzu. Piękny i nostalgiczny.Na koniec wdrapaliśmy się na basztę Giedymina popatrzeć na panoramę miasta. Z jednej strony widać Wilno modernistyczne  a z drugiej to starodawne.

Wracając  ze stolicy Litwy zatrzymaliśmy się w Trokach zwiedzić zamek. Pochodzi on z przełomu XIV i XV wieku, jednak liczne najazdy Krzyżaków mocno zrujnowały zamek i został on w dość znacznej części zrekonstruowany na początku XX wieku. Jego inicjatorem był wielki kląże litewski Kiejstut oraz jego syn Witold, który dobudował na wyspie drugi zamek – warownie     w latach  1404- 1408, stanowiący wsparcie dla pierwszego znajdującego się na półwyspie.Zamek można było zwiedzać ale mój dziwny lęk wyskości objawiający się w zależności od stromości schodów uniemożliwił mi wejście na najwyższe piętro. Wstyd Jo. Wróciliśmy do Druskiennik na ostatni nocleg, żeby na drugi dzień wyruszyć w stronę Kowna. 







 W  drodze do Kowna zaliczyliśmy skansen w Rumszyszkach. Nie sądziłam, że ten skansen jest taki duży. Na zwiedzanie trzeba sobie trochę czasu zarezerwować, myślę że spokojnie 3h. Obiekty są porozrzucane w dość sporych odległościach od siebie. Nie to co nasz skansen w Sierpcu. Osobiście bardzo mi się podobał, szczególnie rekonstrukcja miasteczka z rynkiem oraz charakterystycznymi budynkami usługowymi. Razem z moją mamą, bo reszta naszej brygady się rozdzieliła, zaczęłyśmy wchodzić po kolei do wszytkich budynków. I tak zamieniłam się w uczennicę w szkole, a potem w nauczycielkę i zrobiłam mamie krótką lekcję matematyki w czterech językach. Potem weszłyśmy do sklepu Grażyna, gdzie każda kobieta mogła się zaopatrzyć w materiały na piękne sukienki i nie tylko. W oknie wypatrzyłam sukieneczkę vintage dla mnie ale akurat nie było sprzedawcy w sklepie. No co za pech :-) 

Nie obyło się też bez apteki, kościoła, poczty a nawet restaturacji. Usiadłyśmy sobie na ławce i zastanawiałyśmy się jak kiedyś żyło się w takim miejscu. Zapewne każdy każdego znał i wszelakie nowinki i plotki szybko krążyły po okolicy. Nie potrzebny internet i pudelek. Życie na pewno było spokojniejsze i monotonne, ale czy nasze życie w obecnych czasach jest lepsze? Pęd, stres, presja. Chyba wszystko w życiu ma swoje wady i zalety. Chciałabym móc wsiąść w taki wehikuł i zoaczyć jak było kiedyś. Obecne czasu nie raz mnie przygnębiają....Jedak jedźmy dalej do Kowna.





Kowno to drugie co do wielkości miasto na Litwie i dawna stolica kraju. Naszym punktem startowym był niewielki zamek, ktory został wzniesiony przez Krzyżaków w 1384 roku.  Miał on stanowić dla nich bazę wypadową na Wilno i Troki. Było to również miejsce zborne w czasie najazdu Krzyżackiego na Litwę a w 1396 podpisano tu zawieszenie broni pomiędzy Krzyżakami a księciem Witoldem. W 1408 roku doszło tu do spotkania pomiędzy  Ulrichem von Jungingenem,  królem Polski Władysławem II Jagiełło oraz będący między nimi rozjemcą Witoldem. Kowno uzyskało w tym roku prawa miejskie.Spod Zamku ruszyliśmy w stronę rynku. Mieści się na nim ratusz i katedra a także sporo knajpek. Przypomina bardzo nasze znajome polskie rynki. Uliczny muzyk przykuł uwagę turystów i spacerowiczów urządzając mini koncert. Zeszliśmy trochę w bok aby zobaczyć Dom Perkuna, czyli gotycką kamienicę kupiecką zbudowaną w XVI wieku. Kamienica została później kupiona przez Jezuitów, którzy urządzili w niej kaplicę. Znacznie później bo w XIX wieku mieściła się tu szkoła i teatr do której uczęszczał Adam Mickiewicz. Od 1928 roku znowu jest własnością jezuitów, mieści się tu internat i Muzeum im. Adama Mickiewicza. Ze Starego Miasta zmierzamy w kierunku Nowego Miasta, którę połączone jest Aleją Wolności - deptakiem z kolorowymi kamienicami i knajpkami. Jako fanka kamienic i starówek byłam bardzo zadowolona.

 Nasz ostani punkt na litewskiej trasie to portowe miasto Kłajpeda. I tu niestety aż tak dużo nie opowiem bo trafiliśmy akurat na Dni Morza i centralna część miasta była wyłączona z ruchu. Zaparkowanie graniczyło z cudem a ludzi zjechało się tyle, że zapomniałam że istnieje Covid i jakiekolwiek ograniczenia. Podczas naszej podróży Litwa nie była objęta żadnymi obostrzeniami czy maseczkami. Idąc za tłumem w kierunku morza przeszliśmy przez ichniejszą "starówkę" jeśłi mogę to tak nazwać. Dotarliśmy do placu teatralnego a ja sobie myślę czy są tu jakieś fajne kamienice? Co prawda był jakiś  pomnik kobiety gdzie robiono sobie fotki, więc myślę..."Może też musimy, coś ważnego" A była to "nieśmiała Anusia" bohaterka z poetyckiego dzieła Simona Dacha, pieśni ludowej „Ännchen von Tharau”

Im dalej w stronę morza tym więcej ludzi. Trafiliśmy do zagłębia Food trucków i po degustacji jednego  dania na "próbę" stwierdziliśmy zgodnie, że obiad to my oczywiście zjemy... ale w sieci Hesburger z daleka od tych tłumów.  Nasz plan rejsu po morzu odpadł błyskawicznie i po pysznym zdrowym  obiadku pojechalismy kilka kilometrow od Kłapejdy wypocząć na plaży. Miejscowość iście kurortowa, mnóstwo hotelów i pensjonatów. Bardzo zadbana i zielona. Dla odmiany na plaży było pusto i spokój. W końcu.... I tym plażowym akcentem  i relaksem kolejnego dnia  kończyliśmy nasz pobyt. Polecam, choć Kłajpeda mnie nie urzekła. Jak dla mnie nie jest to "must see". Ale to tylko moja subiektywna opinia. 

Do następnego razu....

Buziaki,

Jo.

P.S Nie zapomnijcie o wideo z podróży,  tam zobaczycie widoczki . ;-)





Werona - z wizytą u Julii + VIDEO

Werona - z wizytą u Julii + VIDEO



Werona pewnie większości  kojarzy się z Romeo i Julią. Włochom chyba również i bardzo dobrze podłapali temat Szekspira. Oczywiście nie jeśli chodzi tu o wartości literackie a biznesowe. Jak zrobić coś z niczego i jeszcze na tym zarobić? To się Włochom udało.

W Wenecji wsiadamy w pociąg aby się przekonać o co chodzi z tym słynnym love story i czym zaskoczy nas Werona.  Po przyjeździe wsiadamy w autobus i jedziemy w kierunku największego placu miasta czyli Piazza Bra. Rozglądamy się dookoła, pierwsze co się rzuca w oczy to Arena a mi zaraz przypomina się ukochany  Rzym. 
Idziemy przed siebie, zaczynamy robić zdjęcia. Zaraz wypatruje tabliczkę z napisem Casa de Gulietta. Czyli idziemy w dobrym kierunku. Po drodze mijamy oczywiście ekskluzywne butiki, ale ciuszki mnie nie powaliły na kolana.  Skręcamy w kolejną uliczkę i już wiem gdzie dalej należy iść widząc mały tłumik gromadzący się przed bramą. No dobra, czyli zmierzamy do "słynnego" balkonu za który każą sobie jeszcze słono płacić. 6 euro żeby wejść i cyknąć fotę w miejscu co to nie żaden dom Capuletti a Capello. No nie wierzę w to co widzę.

Prawda jest taka, że to wszystko wymyślona fikcja i ta przez Szekspira i ta przez Włochów. Żadna Julia na tym  balkonie na prawdę  nie stała, a Szekspir w ogóle nie był w Weronie. Gdyby było inaczej byłabym skłonna zrozumieć te tłumy i tych turystów co to płacą żeby sobie na jakiś tam balkon wejść i pomachać. No ale żeby było ciekawiej to już na dole  stoi sobie Julia. Posągowa. Czeka na nas z wypiętą piersią. Kolejna historyjka wymyślona przez Włochów brzmi: jeśli położysz dłoń na prawą pierś Julii to spotkasz miłość.   (pewnie wymyślili to pijąc wino i wcinając pizze a  teraz pękają ze śmiechu patrząc na tych naiwniaków co te historyjki kupili). I żeby była jasność, ja na żaden balkon nie weszłam i cycka też nie macałam. 

To nie koniec oczywiście "Juliowych" rewelacji. Wszędzie gift shopy z pamiątkami, kłódki serca i generalnie cały kramik związany z tym "słynnym" dziełem. A jako wisienka na torcie to ściany przy wejściowej bramie oblepione są karteczkami z miłosnymi wyznaniami, niektóre pisane na plastrach opatrunkowych. Jedno mnie totalnie wprawiło w osłupienie bo napisane było na otwartej i rozłożonej podpasce. Ludzka pomysłowość nie zna granic. Karteczki przyklejone były często na gumy do żucia. Przyznaje, że całość zbyt estetycznie nie wyglądała.

Skoro jesteśmy przy temacie Juli,  działa w Weronie "Klub Julii" gdzie wolontariusze z całego świata odpowiadają na pozostawione listy. Próbowałyśmy zlokalizować to miejsce, ale chyba zmienili adres. Jednak najdziwniejszą dla mnie rzeczą jest rzekomy grób naszej bohaterki w byłym klasztorze benedyktyńskim. Jest oczywiście pusty i za ta pustkę trzeba zapłacić 4 euro. Gdyby ktoś miał ochotę.
Żeby nie zapomnieć o naszym Romeo to jego  dom znajduje się kilometr dalej od ukochanej i jest własnością prywatną. 

Opuszczamy to dziwne miejsce,  Szekspirowskich bohaterów i  podążamy przed siebie odkrywając kolejne place i zakątki Werony.  Słynny plac Piazza delle Erbe czyli Plac Ziół  jest dość zatłoczony turystami i straganami więc przechodzimy  na spokojniejszy Piazza dei Signori. W końcu siadamy na chwilę odpocząć.  Mój brzuszek podpowiada mi, że zbliża się  czas na lody. 

Wyczytałam o pewnej lodziarni nad rzeką Adyga i postanowiłam ją sprawdzić. Zmieniam buty na klapki i w drogę. Widok ludzi wcinających lody oznaczał, że chyba  to miejsce na prawdę ma jakąś renomę.  Ponte de Pietra bo tak się nazywa to ponoć najlepsza lodziarnia w Weronie. Jestem czasem sceptycznie nastawiona do lokali typu "najlepszy w mieście..." po tym jak "Najlepsza pizza w Rzymie" okazała się największą klapą jaką jadłam. Tutaj jednak przyznaje, lody były pyszne, obsługa super i nawet mogłam popróbować smaków zanim się zdecydowałam. U mnie to typowe, im większy wybór tym gorzej. Zaraz po kupnie lodów wszyscy siadają na ławkach zjeść i popatrzeć na rzekę.

Kiedy już się uraczyłyśmy, przyszła pora na kolejny punkt na trasie, czyli taras widokowy na zamku. Przechodzimy przez most Ponte  Pietra i decydujemy się wjechać kolejką na górę za 1 euro i zejść piechotą na dół. Polecam taką opcję bo bardzo przyjemnie się schodziło.  Zamek San Pietro był nieczynny dla zwiedzających, ale panorama Werony to była uczta dla moich oczu i mi zdecydowanie wystarczyła. Jak dla mnie obowiązkowe miejsce do zobaczenia. Gdzie tam jakiś balkon fikcyjnej Julii. 

Reszta naszej trasy to był powrót i typowo włoski spacer, czyli maszerowanie swobodne uliczkami, przystanek na makaron i powrót na Piazza Bra. Pobyt zakończyłyśmy z mocnym uderzeniem.....Pioruna. Jak wróciłyśmy na stację zaczęło lać i grzmieć, kazano nam zmienić pociąg bo ten w którym siedziałyśmy gotowe do drogi doznał awarii (pewnie od pioruna) i przez to zmoczył nas deszcz jak biegłyśmy między peronami. Nic dodać, nic ująć. Wycieczka udana. Werona zaliczona. Warto tu przyjechać.

P.s Kto chce zakosztować trochę włoskiego klimatu i zerknąć na Weronę to polecam film "Listy do Julii"




TEDDY BLUEBERRY MUSIAŁ MIEĆ FOTKĘ 








Padwa moimi oczami - jednodniowa wypad z Wenecji

Padwa moimi oczami - jednodniowa wypad z Wenecji



Wykorzystując chwilową przerwę od normalnego życia postanowiłam nadrobić małe zaległości i wstawić filmik z Padwy. Włochy, które są teraz silnie opanowane  przez Koronowirusa mogę sobię tylko pooglądać na zdjęciach i wideo.
Padwa to fajne, niewielkie miasteczko blisko Wenecji, gdzie można zrobić sobie krótki jednodniowy wypad. Kilkanaście minut pociągiem i opuszczamy zatłoczoną turystami Wenecję. Pamiętam, że jak przybyłyśmy do Padwy  można było odczuć, że panuje siesta. Wszędzie było pusto.  Cisza i spokój, nawet tak wielki, że nie miałyśmy kogo spytać o drogę jak mi się Google maps zawiesiło.  

CO WARTO ZOBACZYĆ



Padwa uważana jest jako miasto kościołów, bo jest ich znaczna ilość, jednak mimo że nie jestem wielką fanką budynków sakralnych to polecam odwiedzić Bazylikę Św. Antoniego. Grób, relikwie a także piękne krużganki to obowiązek moim zdaniem na trasie spaceru po mieście

 A jak już o spacerowaniu mowa to kolejna ciekawostka. Padwa to też miasto rowerów. Jest ich naprawdę dużo i  zastanawiałam się czy jednego nie „buchnąć” ;-D

Miasto jest naznaczone również wybitnymi polakami i tak znajdziemy tu pomniki  Stefana Batorego i Jana III Sobieskiego, oraz plac Maksymiliana Kolbe. Kto lubi kawę i nie boi się eleganckich kelnerów pod krawatem to może zajść zakosztować przyjemności w restauracji Pedrocchi. Mieści się ona przy ulicy VIII Febbraio i jest  najstarszą kawiarnią w Padwie. Jej początki sięgają roku 1831 kiedy to właściciel Antonio Pedrocchi razem z przyjacielem przebudowali ówczesną malutką kawiarnię w bardziej dystyngowane i eleganckie miejsce.
Jak to bywa we Włoszech tu gubimy i znajdujemy się co chwila, wychodzimy na różne place i uliczki więc trzeba po prostu wyruszyć w stronę Starego Miasta i hulaj dusza gdzie nogi poniosą. Zapraszam do obejrzenia filmiku, żeby choć trochę zakosztować uroku Padwy.









Murano & Burano Vlog - zwiedzanie wysepek na lagunie weneckiej. Które warto zobaczyć?

Murano & Burano Vlog - zwiedzanie wysepek na lagunie weneckiej. Które warto zobaczyć?


Będąc w Wenecji i nie popłynąć  na pobliskie wysepki to na prawdę wielka strata. Szczególnie jeśli chodzi o Burano, które spodobało mi się najbardziej. Tak kolorowego miejsca jeszcze nie widziałam. Rozpoczęłyśmy naszą małą wycieczkę dość późno bo po 14 . Niektórzy pomyślą, że straciłyśmy aż połowę dnia, ale my sobie starannie przekalkulowałyśmy to i owo. O tym później.

DLACZEGO MURANO TO WYSPA SZKŁA?

Pierwsza wysepka na naszej trasie to Murano, czyli wyspa kolorowego szkła. Wiele lat temu byłam tam po raz pierwszy z rodzicami, Niewiele pamiętam poza faktem, że oglądaliśmy jak się tworzy wyroby ze szkła i przywieźliśmy szklaną butelkę z gondolą w środku, która do tej pory stoi w salonie u rodziców.
 Za czasów Republiki Weneckiej w 1291 roku cała szklana produkcja została przeniesiona na Murano w obawie przed pożarami, gdyż większość budynków weneckich była wtedy drewniana. Spacer po wyspie to głównie spacer wśród sklepów wypełnionych kolorowymi wyrobami. Ceny, hmmm różne. Raczej super tanich rzeczy bym się tam nie spodziewała. Ale my sobie mały souvenir sprawiłyśmy. W Palazzo Giustinian znajduje się muzeum szkła, można też poszukać jakiegoś warsztatu gdzie wyrabiają te cuda i spróbować podejrzeć.
W XVII wieku Józef Szymon Belloti, urdzony na wyspie Murano, został architektem dla Polskiego Króla. Wykonał wiele projektów a wśród nich znalazł się jego własny pałac nazwany na cześć Jego wyspy "Muranów". Wkrótce cała dzielnica

Po spacerku na Murano, próbujemy odnaleźć tramwaj wodny, który zawiezie nas na Burano. Okazało się to małym wyzwaniem, bo co kogo zapytałam to mówił co innego. W końcu przystojny kelner dogadał się ze mną po angielsku i wyjaśnij jak tam dopłynąć. Po drodze był jeszcze przystanek na wyspie Torcello, ale dla nas było już za późno i była to najmniej atrakcyjna dla mnie wyspa.

BURANO - DLACZEGO WSZYSTKIE DOMY SĄ KOLOROWE?

Świat kolorów przywitał nas na Burano. Co prawda przypłynęłyśmy dość późno, bo miasteczko sprawiało wrażenie opustoszałego. Dla mnie idealnie, mniej intruzów na zdjęciach i święty spokój.
Kiedy weszłyśmy na ląd od razu było czuć energię bijącą od kolorów. Ponoć legenda głosi, że ludność malowała swoje domy aby powracający rybacy mogli zobaczyć osadę poprzez otaczającą mgłę. Tradycja jest kultywowana do tej pory i jeśli mieszkańcy chcą pomalować, bądź przemalować swój dom muszą złożyć specjalne pismo o pozwolenie, a także dostają wytyczne odnośnie koloru i rodzaju farby jakiej mogą użyć.

KORONKI Z BURANO

Tak jak Murano słynie ze szkła, tak Burano nie pozostaje w tyle bo szczególnie w XVI wieku słynęło z koronek, które w tamtym okresie obiegały całą Europę. W późniejszym okresie, koszty wytwarzania były na tyle drogie i czasochłonne, że zaprzestano produkcji.
Spacerowanie i robienie zdjęć było prawdziwą przyjemnością.
Nie ma chyba bardziej kolorowego miejsca na Ziemi, jak właśnie tu na Burano i ze wszystkich wysp w pobliżu Wenecji tu należy przypłynąć koniecznie. Gdybym miała wybrać tylko jedną to byłoby to zdecydowanie i bezapelacyjnie Burano.

PODRÓŹ I BILETY

Zainwestowałyśmy w nasze wysepkowe podróże po 20 euro. Tyle kosztuje bilet dobowy na osobę na wszystkie tramwaje wodne. Aby go najlepiej wyeksploatować skasowałyśmy coś ok 14:30 aby na drugi dzień zdążyć popłynąć na Lido, na małe opalanie i wypoczynek na plaży. Tak więc w sumie zobaczyłyśmy trzy wyspy i tuż przed upływem czasu zrobiłyśmy sobie jeszcze małą wycieczkę po Canale Grande od placu św Marka do Piazza Roma.


MURANO

BURANO





Czyż oni nie są uroczy? ;-D



Copyright © 2016 Fashionable Trips , Blogger