Polecam

Moje Plany Podróżnicze

Moje Plany Podróżnicze


  SERWUS!

Chyba  nigdy nie użyłam tutaj mojego instagramowego powitania, więc najwyższa pora to zmienić. W ogóle trzeba parę rzeczy zmienić stąd moja spontaniczna obecność. która powinna być częstsza bo to w końcu moje miejce w sieci. Stworzone od poczatku przeze mnie i na moich zasadach. Chcę, żeby było mnie tu więcej.

Weekend wyjątkowo spędziłam w Warszawie bo zostałam mianowana na psią ciocię i miałam małego gościa na swoim kwadracie pod opieką. Dobrze, że Tola okazała się podobna do mnie, czyli wyjątkowy śpioch. Spanie razem wychodziło nam idealnie. W sobotę oprócz Toli przyjechali też rodzice oraz siostra z mężem i mieliśmy  świetowanie urodzin taty. Było pyszne sushi i tort bezowy z owocami. Uwielbiam bezę, co prawda dużo cukru, ale przynajmniej brak glutenu. Później wybraliśmy się na starówkę. Zaliczyłam jakiś starówkowy rekord w tym tygodniu bo to był mój trzeci raz. Poszliśmy tacie pokazać fontanny ale władze miasta zubożyły program więc nie było ani muzyki ani laserów. Wcale mnie to nie dziwi skoro Warszawa akurat ma takiego gospodarza. No comments! Czy to w tygodniu czy w weekend ludzi na starówce było mnóstwo, chyba każdy jest spragniony przebywania poza domem.

W niedzielę były chrzciny córeczek kuzyna więc wyrwałam się tylko na mszę i wróciłam na drzemkę z Tolą. A jak psinka została odebrana poszłam sobie na krótki spacer do parku moczydlo. Próbuję szkolić się w autoportretach ale sztuka samemu robienia sobie zdjęć jest sztuką OGROMNĄ, więc póki co jestem na poziomie  0+.

No i przyszedł czas na planowanie podróży. Pierwszy raz zdradzam tutaj i tylko tutaj na razie. Instagram to końcowe źródło informacji tam nie będzie. W ogóle instagram mnie wkurza, ale to na inny post. Co prawda miał być PLANE TRIP, ale będzie kolejny ROAD TRIP. Pandemia serio jest już tak irytująca, że aż przestałam się irytować. Tak jak w zeszłym roku jechałam tam gdzie się dało, tak w tym jestem wybredna i chciałam zwiedzać to co chcę a nie to co muszę bo nie mam wyboru. Mam już dość tych południowych krajów Europy, tych samych widoków i architektury. Ulewa mi się całkowicie. Zanzibary i Kanary - Nie dla mnie. Plaża i palmy to taka nuuda że nie chciałoby mi się  walizki wyjąć, szczególnie latem. Zapragnęłam czegoś innego co będzie się wiązało z tym co uwielbiam czyli zabytkami: pałace i zamki. No i miałam lecieć do Irlandii, która na mojej liście jest już długi czas. Jednak obostrzenia i doczytanie się czegokolwiek na gov.pl doprowadziło mnie do  lekkiego stanu podirytacyjnego, że  odpuściłam, głównie ze względu na mamę, która miała lecieć ze mną ale nie ma jeszcze szczepienia. W marcu przechorowała Covid. Ostatnio ponoć Irlandia zniosła trochę reżim wjazdu ale ja już mam plan B. Jak sytuacja się nie pogorszy to może na początku września wyrwę  się do Dublina  i zobaczę kawałek wschodniej części a zachodnią zrobię na drugi rzut. To byłby scenariusz idealny. Nie przywiązuję się do niego i będę na pewno robić plan C.

No to gdzie jechać, gdzie można autem i gdzie są w miarę okazałe zamki??? Wybór może być tylko jeden - BAWARIA. Co prawda Joanna do Niemiec żadnym ciepłym uczuciem nie pała. Wiadomo, jaka polska patriotka by pałała. Ale poznawanie świata i miejsc łączy się z pewnymi wyrzeczeniami. Świat się zmienia, no może Rosja ewidentnie się nie zmienia ale zobaczyć i poznać można wszysko. Reasumując na tem moment (w którym piszę) jadę zwiedzać zamki Bawarii z mamą, która sama by mnie nie puściła w żadną podróż póki co więc dziewczyna się poświęci. Nikogo tym razem nie szukałam, ani nie proponowałam bo nie chce mi się. Namawianie kogokolwiek żeby ruszył tyłek i zobaczył trochę świata jest bezcelowe. W zeszłym roku miałam zobaczyć Bawarię, ale mój towarzysz podróży (dodam szczerze beznadziejny pod pewnymi względami a raczej wieloma względami) nawalił na całej linii więc trzeba było wcześniej wócić. Dokończę więc to co było zaczęte rok temu ale już w najlepszym towarzystwie.

Biorę się za wstępne planowanie i mam nadzieję, że nic do końca tygodnia pandemicznego się nie wydarzy bo to juz równy rok będzie zaraz jak siędzę grzecznie na ***** Zasłużyłam w końcu na podróze...

 



OUTFIT: T-SHIRT &SKIRT - SECOND HAND

O Vintage sukience od babci i lodach.....

O Vintage sukience od babci i lodach.....

Sukienka Vintage

 

To jest bardzo wyjątkowa sukienka. Nie dlatego że niewiadomo ile kosztowała, albo jest jakiejś znanej marki. Tą sukienkę dostałam od babci wiele lat temu. Ciężko mi określić  jakie jest jej pochodzenie ale przypuszczam, że babcia ponad dwadzieścia lat temu wyszukała ją w lumpeksie i to w miasteczku w którym mieszkała czyli w Bornem Sulinowie. Na blogu są aż trzy wpisy poświęcone temu miejscu.

 Babcia razem ze swoimi koleżankami często zaglądała do lumpeksów i potrafiła tam znaleźć niezłe stylówki. Zdecydowanie szło jej lepiej niż mnie. Podejrzewam, że ta sukienka była kupiona z myślą o mnie bo jej rozmiar 34 odbiega znacznie od rozmiaru mojej babci w tamtym czasie. Sukienka nie ma żadnej metki producenta czy metki ze składem. Tylko wszyty rozmiar. Materiał jest przewiewny, pewnie wiskoza, z pięknym printem w lody. Oprócz tego śliczne nitkowane przeszycia, czerwone guziczki i kieszenie.

Zdjęcia musiały być zrobione z lodami. Przyznaję, że to było moje trzecie podejście do zdjęć w tej kiecuni. Kto się nie poddaje ten ma, więc mogę powiedzieć, że to sukienka wybrała sobie najwyraźniej miejsce gdzie chce być sfotografowana. Uwielbiam ją nosić, szczególnie w upały.

Rynek w Szczecinku posłużył mi tym razem za tło. Tutaj  w cukierni kupiłam dwie gałki lodów i zaraz przystąpiłyśmy do fotek. Sesje z mamą są błyskawiczne. A teraz było ultra szybko z racji gorąca i topniejących lodów, które spływały mi po ręku. Zaczęłam paradować po rynku w te i nazad zatapiając dziób w cytrynowym sorbecie. Naszczęscie nie było zbyt wieulu ludzi w tym miejscu, więc nie musiałam się irytować, że ktoś mi wchodzi w kadr.. Przyznaję, że zbytnio się nie najadłam i był to głównie rekwizyt a nie deser.

Muszę jeszcze dodać, że moja miłość do lodów jest bardzo duża. Ulubiony deser. Za granicą, w lato, jeden z głównych posiłków w trakcie dnia. Na szczęście z wiekiem czas na wybór smaków został zmniejszony i już tak długo się nie zastanawiam, które mam wybrać. No chyba że trafie do lodziarni, która oferuje co najmniej trzydzieści do wyboru.

Rzadko się zdarza aby na ubraniu znajdowały się rzeczy, które bardzo lubię. Tak więc same plusy i piękne wspomnienie po najukochańszej kobiecie w moim życiu - mojej babci....

  Sukienka Vintage, blogerka modowa, blog podóżniczy






Sukienka vintage, blogerka modowa i podróżnicza








Rusałka w jedwabnej sukni -- o idealnej sukience na wesele....

Rusałka w jedwabnej sukni -- o idealnej sukience na wesele....

SUKIENKA NA WESELE, JEDWABNA SUKIENKA, SUKIENKA LOVLISILK

 Jest godzina 5:40 nad ranem kiedy wyjmuję przemęczone stopy ze szpilek po całonocnej zabawie. Delikatnie stawiam je na zroszonej, wypielęgnowanej trawie do gry w polo. Cóż to była za ulga. Czuję kojący chłód i niewymowną radość. Mgła delikatnie otuliła kort i uniosła się tuż nad ziemię.

W jednej chwili wychodzę ze wszystkich swoich ról: świadkowej, siostry, córki, cioci, chrześnicy, kuzynki, koleżanki, znajomej, gościa. W końcu mogę być sobą. Czuję wolność. Biegam boso niczym Rusałka otulona w jedwabną suknię, która zaczyna tańczyć i wirować razem ze mną.

Kiedy wszyscy rozjechali się do domów lub poszli do hotelowych  pokoi, ja szczęśliwa bawię się przez te krótkich kilka chwil sama. Moją zabawę obserwuje jeden ptaszek, pewnie dziwiąc się co ta wariatka tu robi o tej porze, kiedy ja chce zjeść  śniadanie i podziobać trochę tą piękną trawkę.

Mogłabym tak biegać na bosaka  bez końca, mimo że zmęczenie dawało powoli znać o sobie. Jeszcze nigdy nie robiłam zdjęć o tej porze w tak pięknym miejscu a to zasługa mojej mamy. To ona zauważyła jak się pięknie zrobiło nad ranem i że można spróbować zrobić kilka ujęć. Jestem jej za to wdzięczna.

JAKI BYŁ ŚLUB I WESELE?

Piękne, niewymuszone, naturalne, spontaniczne… Takie  słowa przychodzą mi do głowy. Kościół był pełen, mnóstwo gości przyjechało świętować razem z nami. Jako organizatorzy trochę inaczej na to patrzymy bo różne obowiązki na nas spadają i dopilnować wielu rzeczy trzeba, ale cieszę się bo widziałam radość i szczęście u pary młodej i wdzięczność  gości, że mogli z nami być…

Ponoć jako świadkowa sprawiłam się rewelacyjnie i przyszłe świadkowe zaczepiały  mnie prosząc o rady jak być taką jak ja… HAHA  bardzo to miłe.

O kreacje też były pytania więc zdradzę, że to jedwabne cudo to polska marka LovliSilk i nigdy nie czułam się tak cudownie w sukience „okazjonalnej” jak w tej. Dobrałyśmy się idealnie. Oddała w pełni moją osobowość i styl co mam nadzieję widać na zdjęciach….

Na tym zakończę bo prywatność jest dla mnie ważna, szczególnie jeśli dotyczy to rodzinnych osób nie upapranych w social mediach ;-)

Buziaki,

JO

SUKIENKA NA WESELE, JEDWABNA SUKIENKA, SUKIENKA LOVLISILK


SUKIENKA NA WESELE, JEDWABNA SUKIENKA, SUKIENKA LOVLISILK

SUKIENKA NA WESELE, JEDWABNA SUKIENKA, SUKIENKA LOVLISILK

SUKIENKA NA WESELE, JEDWABNA SUKIENKA, SUKIENKA LOVLISILK


SUKIENKA NA WESELE, JEDWABNA SUKIENKA, SUKIENKA LOVLISILK

SUKIENKA NA WESELE, JEDWABNA SUKIENKA, SUKIENKA LOVLISILK

SUKIENKA NA WESELE, JEDWABNA SUKIENKA, SUKIENKA LOVLISILK


Paryski  Szyk  czy  Wiejski Wdzięk ? O koszyczku i sukience midi.

Paryski Szyk czy Wiejski Wdzięk ? O koszyczku i sukience midi.

 

PARISIANFASHION, MIDIDRESS, PARISIANCHIQUE, FASHIONBLOGER

Odkąd  wiosna zawitała na dobre, otaczam się naturą i wdycham powietrze ciesząc się, że nie muszę już zakładać żadnych masek. W ten weekend udało się uchwycić kilka kadrów z wykorzystaniem dużego kosza który wywlokłam od mamy z domu. Od jakiegoś czasu panują pewne trendy w fotografii na instagramie a zdjęcia z małymi koszyczkami z pokrywką świeca triumfy kwalifikując dane zdjęcie jako Parisian Chique czyli Paryski szyk. Ów koszyczek często nazywany jest Jane Birkin bo ów Pani, znana brytyjska aktorka, chadzała z takimi koszami w latach sześćdziesiątych.  No a  jak koszyczek zabierzemy sobie w iście sielskie miejsce a nie na ulice Paryża bądź innego miasta, które ma taki Paryż udawać to możemy wcisnąć się w kategorię Cottagecore czyli w stylistykę wiejską. 

No ja takiego małego koszyczka nie mam i wydawać na niego ok 200 zł nie mam ochoty kiedy to na bazarku można sobie o wiele większy koszyk capnąć  za 3/4 tej ceny.  Cóż za paradoks tak na mariginesie. Niezły biznes na akurat obecnym trendzie gdzie wykonanie nie odbiega od innych tańszych odpowiedników.

Kończąc już dygresje o koszyku, ja iście zadowolona z mojego za free wystroiłam się w lnianą midi sukienkę, w kolorach bardzo trendy czyli biel i beż. Długość midi bo przecież nie zapominajmy o kolejnym  tredzie Vintage/retro. Tu też trzeba się jakoś wepchnąć i jesteśmy już Full Cool na czasie w przeszłym czasie. Sceneria pragnę nadmienić to też nie byle co bo wypisz wymaluj Vintage historia się tu kryje w tych ruinach i opuszczonych chatach.

Na koniec mogę być z Siebie dumna, bo spełniłam chyba warunki wszystkich wymaganych obecnie trendów w wybranej stylistyce, które notabene baardzo mi odpowiadają a muszę dodać że mój indywidualinzm na wybitnie wysokim poziomie nie pozwala mi zbytnio naginać się i podążać za trendami jak reszta mas. Nie żebym tu zadzierała nosa ale taka moja  osobowość po prostu. Zawsze po swojemu na swoich warunkach.

No i najważniejsza informacja na koniec tego wpisu iście niemodowego bo przecież co tu o szmatkach można ciekawego pisać. Ubrania się ogląda i nosi, nie? Ok Puenta, bo znowu odbiegam...Cudowny kwiat żółtej róży jest sztuczny. No chyba nie myślicie, że zerwałabym dla fotek takie żywe cudo. 

Buziaki

Jo

P,S zdjęcia pod moim przewodnictwem i koncepcją wykonała wspaniała i niezawoda fotografka czyli MAMA.

pariasian vibe, parisian fashion, cottagecore fashion, cottagecoremood, vintagegirl, parisianchique, pariasian vibes









Jak wyglądała Polka  w okupacyjnej rzeczywistości?

Jak wyglądała Polka w okupacyjnej rzeczywistości?

Narodowe Archiwum Cyfrowe



 Zawsze zastanawiałam się jak kobiety radziły sobie w trakcie wojny. Jak wtedy wyglądała moda na ulicach okupowanej Warszawy. Oglądając polskie seriale typu Wojenne Dziewczyny czy Czas Honoru trochę za pięknie to mi wszystko wyglądało. Udało mi się znaleźć ciekawą książkę „Moda Kobieca w   Okupowanej Polsce” , która rozwiała trochę moje wątpliwości i ukazała że duch pięknych i eleganckich polek nie został złamany przez bezwzględnego okupanta.

Joanna Mruk, autorka wyżej wspomnianej książki najpierw proponuje zapoznać się z modą kobiecą przedwojenną aby potem zrozumieć wygląd kobiet w czasie okupacji. 

W TAKIM RAZIE JAK WYGLĄDAŁA PRZEDWOJENNA POLKA?

Narodowe Archiwum Cyfrowe. Moda międzywojenna.


Pod koniec lat 30-tych kobieca sylwetka zaczyna ulegać zmianom. Spódnice i sukienki ulegają skróceniu i nosi się je teraz tuż za kolano. Model kloszowy wchodzi do łask, do tego podkreślona talia paskiem i uwydatnione ramiona w formie bufek, rękawki  zdobione falbankami, peleryny i szerokie kołnierze. Taki model sylwetki utrzymywał się aż do 1947 roku. Co ciekawe nawet wtedy kobiety posiadały coś takiego jak wzór garderoby, teraz nazywana przez nas kapsułową.  Podręcznik „Sztuka Ubierania się” zamieścił taki spis aby każda kobieta wiedziała jak powinna wyglądać ich szafa.

Garderoba Kapsułowa u przedwojennej Polki

Bielizna, gorset, szlafrok, suknia domowa/domowy fartuch

Suknia sportowa/spacerowa: Letnia/zimowa

Suknia odświętna/wizytowa:Letnia/zimowa

Suknia wieczorowa/balowa

Płaszcz: Letni/zimowy

Bluzka

Kostium, czyli komplet spódnica z marynarką

Strój sportowy na który składały się: kąpielowy, tenisowy, narciarski, łyżwiarski, do jazdy konnej.

Kobiety w zależności od zamożności zaopatrywały się w Domach Mody, pracowniach krawieckich, bądź szyły same często korzystając z gotowych wykrojów zamieszczanych w czasopismach kobiecych. Najbardziej znany dom mody nazywał się Bogusław Herse ale został zamknięty w 1936 roku i jego miejsce zajął Dom Modelowy Boguchwał Myszkorowski gdzie najpiękniejsze jego kreacje można było oglądać w przedwojennych filmach i balach na które w tamtych czasach uczęszczano. A skoro już wspomniałam o balach to najbardziej  popularne w tamtym okresie to Bal Mody organizowany w hotelu Europejskim, przyjęcia dyplomatyczne na Zamku Królewskim, które organizował prezydent Mościcki bądź Józef Beck oraz bale karnawałowe. 

Narodowe Archiwum Cyfrowe. Polki w późnych latach 30-tych.


DODATKI

Jedna bardzo ważna zasada modowa, której należało przestrzegać to KAPELUSZ, POŃCZOCHY I RĘKAWICZKI. Bez tych trzech rzeczy nie należało wychodzić na ulicę. Kapelusze co i raz zmieniały swoją formę, kształty czy materiał. Zimą  były najczęściej filcowe a latem słomkowe.  Bardzo ważnym akcesorium do stroju był pasek podkreślający talię. Czasem z tego samego materiału co sukienka a czasem kontrastujący  wykonany ze skóry czy zamszu. Istotne były ozdobne  klamry na przykład z masy perłowej, skóry, metalu bądź rogu. Torebki były najczęściej skórzane, nieduże w prostokątnej formie z małym uchwytem.

Narodowe Archiwum Cyfrowe

NO I PRZYSZŁA WOJNA A  Z NIĄ UKUPACJA I BRAK WSZYSTKIEGO……..  

Można pomyśleć że brak, jedzenia, ogrzewania w zimie i śmierć czyhająca na każdym kroku jest ważniejsza niż jakieś ubrania. Jednak nie do końca…. Dostęp do odzieży czy obuwia praktycznie nie istniał. Nie wspominając o cenach które poszybowały w górę o 200%.  Zamożniejsze kobiety dochadzały w ubraniach które miały, sprzedawały również futra czy rzeczy z własnego domostwa żeby mów kupić najpotrzebniejsze rzeczy. Gorzej się miały kobiety z klasy robotniczej. W Warszawie pozamykano wszystkie domy mody. Powstał za to Studio Mody „Falbanka” której właścicielką byłą Zofia Hebda. Żadna przeciętna polka nie dokonywała tam  jednak zakupów. Klientami Falbanki były żony  niemieckich oficerów, aktoreczki z rewii, dorobkiewicze wojenni i ci wpisani na listę volksdolc . Prasa służyła tylko niemieckiej propagandzie, więc żadnego kobiecego czy modowego czasopisma nie było. Żeby móc dowiedzieć się co jest modne zostawała prasa gadzinowa. W  Kurierze Warszawskim można było znaleźć porady jak przerobić  stare ubrania i krótkie felietony o modzie. Funkcjonował również tygodnik ilustrowany „7 Dni” w którym było całkiem sporo wzmianek o modzie. Mimo że namawiano do bojkotowania prasy znajdującej się pod rządami niemieckimi to nie ma co się dziwić kobietom które pragnęły choć na chwilę zmienić temat i zapomnieć o trudach okupacyjnych.

Oswoiwszy się z ponurą okupacyjną rzeczywistością polki zaczęły myśleć i dbać o swój wizerunek zewnętrzny. Była to pewnego rodzaju forma oporu, milczący znak polek, że choćby nie wiem co się działo one zawsze będą kroczyć zadbane i dumne. Właśnie dbanie o urodę i garderobę podtrzymywało kobietę na duchu. Wygląd zaczął się zmieniać i kobiety starały się być dobrze ubrane jak i uczesane czy umalowane. Przytoczę tutaj cytat Hanny Zborowskiej   z książki Joanny Mruk: 

„Porządna warszawianka kroczyła ulicą dumnie, na żadnego Niemca nawet nie spojrzawszy. Warszawianki ubierały się tak, jak umiały i mogły najładniej. Biedna i skromna to była moda, ale moda! Były to fasony  specjalnie nie podyktowane przez Paryż czy Rzym ani żadne domy mody – moda okupacyjna dostosowana do warunków, tłoku  w tramwaju, rowerowej rykszy, siarczystego mrozu, ogólnego nastroju i potrzeb.

NO DOBRZE, ALE Z CZEGO SZYĆ UBRANIA, CZYM JE CEROWAĆ I NAPRAWIAĆ?

Jeśli chodzi o tkaniny do których polki były przyzwyczajone, teraz mogły tylko pomarzyć. Wysokogatunkowe materiały nie były możliwe do zakupu, poza oczywiście czarnym rynkiem. Trzeba było się zadowolić materiałami niskogatunkowymi z domieszkami; co ciekawe była to juta, konopie i papier. Dostępne były wiskozy (które w naszych czasach stanowią niemal luksus zaraz za jedwabiem o dziwoto!) W tamtych okresie czy jeszcze przed wojną wiskoza była uznawana za raczej tkaninę mało luksusową. Z wełną było bardzo słabo, albo się korzystało z własnych zasobów albo trzeba było kombinować bądź o niej zapomnieć. A to dlatego, że z wełny szyto niemieckie mundury dla wojska. Marzenie o jedwabnej bluzce mogło się czasem ziścić jeśli na czarnym rynku pojawił się na przykład materiał z niemieckiego spadochronu. 

Kobiety szyły, dziergały, haftowały, pruły, przekształcały skrawki z różnych sukienek aby uszyć nową. Pomysłowością trzeba był się wykazać. I polki dawały radę. Przerabiały też męskie ubrania, szczególnie te kobiety, które zostały same. Wtedy właśnie  kostiumy zyskały na popularności. 

CO NOSIŁY POLKI W TRAKCIE OKUPACJI

CO BYŁO NAJWIĘKSZYM UBRANOWYM PROBLEMEM I WYZWANIEM? BUTY!!!

Chyba nikt nie wyobraża sobie wyjść z domu bez butów. Oczywiście reperowanie butów i przefarbowywanie stało się normą. Zelówki skórzane zastępowano gumowymi choć i guma z czasem stała się trudnodostępna. Na jaki modowy pomysł wtedy wpadły producenci obuwia? A no „drewniaki”, czyli buty z drewnianą podeszwą. Cena takich butów była niska i nie obejmował ich system kartkowy. Pierwsze drewniane sandaletki „Diana” pojawiły się 1940 roku na słynnym Karcelaku.  Koturny weszły trochę w niełaskę, bo żadna kobieta nie chciała dźwigać ich na swoich stopach. Tak więc ozdabiane na wieloraki sposób drewniaki stały się hitem ulicy. Obecnie taka forma obuwia jest u nas dostępna i do tanich nie należy. Mam swoją ukochaną parę ręcznie robionych  sandałków szwedzkiej marki Swedish Hasbeens na bambusowej podeszwie. Była to chyba najdroższa para butów w mojej szafie. Niesamowicie wygodne. Wracając jednak do lat okupacyjnych, drugim popularnym rodzajem butów były sandałki robione ze słomy i na sznurkowych podeszwach. Olà nasze obecne espadryle.  Kolejnym pomysłem były koturny z korka jednak korek był o wiele bardziej trudny do zdobycia. Zakładano też tenisówki z białymi skarpetkami. Popularny „modowy” but z lat 40-tych wykonany ze skóry na mocnym obcasie, bądź koturnie z dziurką na duży palec z przodu był poza zasięgiem dla polki.

 W czasie zimy było jednak najgorzej. Nawet narciarskie buty były przez Niemców rekwirowane dla wojska. Kto by się w takich na ulicy pokazał mógł skończyć w areszcie. Przyszła więc moda na podhalańskie kapce z owczej skóry i wełenki. Jednak nie był to tani zakup, podobnie jak kalosze. Co wtedy robiono? Łatano ile się dało i zakładało na buty tzw. Ochraniacze. Robiono je z resztek materiałów, pończoch czy wełny. Był zakład który robił ochraniacze nawet z wełnianych kapeluszy. 

W Warszawie w tym czasie działały dwa zakłady szewski: Kielman i zakład Hiszpańskiego oraz sklep Baty, który jednak kiepsko prosperował z powodu reglamentacji skór.

Narodowe Archiwum Cyfrowe

A CO NA GŁOWĘ PRZYWDZIEJE POLKA?

Kapelusze nie były sprzedawane na kartki więc tzw. Sklepy Modniarskie jakoś funkcjonowały. Jednak nie każda kobieta mogła sobie pozwolić na zakup nowego. Sklepy te oferowały również naprawę, przeróbkę, dobór nowego fasonu. W tak ciężkich warunkach nie było narzucane jaki fason jest modny. Zakładano co się miało. Jednak  najczęściej na głowach polek gościł filcowy kapelusik w ciemnych kolorach z wymodelowanym do góry rondem, wstążką i szpilką. Nazywano je potocznie „wazonikami”. Latem noszone kapelusze wykonane ze słomy  zwane „canotier”. Często letnie kapelusze ozdabiano kwiatkami.

W tarkcie okupacji często rezygnowano z kapelusza co kiedyś było nie do pomyślenia aby tak wyjść na ulicę. Te kobiety, których nie było stać na kapelusz  nosiły praktyczne chusty, często wiązane nad czołem. Popularne stały się też turbany. Zimą modny stał się kaptur .Nie możemy oczywiście zapomnieć  o filcowych berecikach a nawet małych tzw. Piuskach – czyli małe, przylegające do głowy, okrągłe czapeczki.

Narodowe Archiwum Cyfrowe

A JA CHCĘ DODATKI….

Typowe dodatki sprzed wojny czyli Kapelusz, rękawiczki, modne trzewiki i dobrana  torebka stały się wspomnieniem przeszłości. Teraz damska torebka musiała być przede wszystkim pratyczna. Przewieszona na długim pasku, prostokątna tzw. Konduktorka  albo męska teczka. Oprócz tego wiklinowe lub plażowe koszyki z rafii. Często robiono sobie torebki z resztek materiałów – woreczki, bądź sobie je dziergano. Z rękawiczek albo rezygnowano z ciepłe dni, robiono na szydełku, filcu czy co akurat nadawało się na taki dodatek garderoby.

Biżuteria należała do rzadkości bo często była to pierwsza sprzedawana rzecz. Popularna stała się sztuczna biżuteria, broszki bądź naszyjniki z małych  sztucznych koralików.  Dekorację do ubrania stanowiły też sztuczne kwiatki. Noszono też patriotyczne ozdoby – zysk był przeznaczony na więźniów z Pawiaka. Kolejnym istotnym dodatkiem był pasek.

Pończochy też były towarem trudno dostępnym, kiedyś na ulicę bez pończoch wyjść nie można było. Ciężko je było cerować, więć latem często z nich rezygnowano zakładając białe skarperki. Nadchodziła modowa rewolucja w tym temacie.






ELEGANCKA POLKA TO PRZEDE WSZYTKIM CZYSTA I PACHNĄCA POLKA Z ŁADNĄ FRYZURĄ.

Nie łatwo było dbać o higienę. Szczególnie zimą. Jednak wszelakie trudy nie zwalniały Polek z niemycia się nawet jeśli woda zimna. Brak do podstawowych środków czystości jak mydło czy szampon stanowiły problem szczególnie jak okupant wprowadził ścisłą reglamentację tego towaru. Na rynku pojawiały się co i raz nowe higieniczne „wynalazki”  W gazetach pojawiały się zamienniki mydła, kosmetyczne porady na przykład maseczka z glinki zamiast mydła na twarz. W Warszawie istniał  istniały salony kosmetyczne ale tylko dla tych zamożniejszych klientek. Przed wojną najbardziej pożądane kosmetyki były te francuskie. Nasza rodzima marka Kamea starała się zaopatrzać Polki proszek mleczny do skóry. Magister farmacji Paździerski opracował puder „Halina”, odmładzający krem poziomkowy oraz podkład w kremie Biały Puch.

Te który nie mogły kupić kosmetyków czytały w gazetach porady z serii „domowe sposoby” – przecieranie twarzy mieszanką wody, miodu i mleka, albo smarowanie twarzy na noc smalcem. Również papka truskowa bądź ogórkowa miała służyć za maseczkę. Za antyperspirant służył puder kosmetyczny a mydła domowej roboty były wszelakie – siarkowe, miodowe, salicylowe. Makijaż nie był zbyt mile widziany tak samo pomalowane paznokcie. Jednak w latach 40-tych modowym trendem były podkreślone czerwienią usta i delikatny róż na policzkach. Cień dopasowany do koloru oczu, tusz czarny bądź granat i tylko górne rzęsy a do tego cienka linia brwi. Które było stać chodziły na manicure i pedicure. To samo się tyczyło perfum. Niektóre kobiety miały jakiś jeszcze zachowany zapach sprzed wojny, najczęściej francuski. Firma Kamea starała się też produkować wody kwiatowe. Ubranie, buty, dodatki, kosmetyki, wszystko było trudno zdobyć, więc całą uwagę Polki skupiały na tym co miały i nie potrzebowały kupować – swoje włosy. Fryzury były różnorodne i często misternie ułożone.  Podstawą były loki zaczesywane i układane różnie – w ruloniki z przodu bądź zwijane na druciku bądź wałku z tyłu.

Na tym zakończę moją modową podróż przez okupacyjne trudy. Pamiętam jak moja babcia opowiadała mi  jak jej mama bardzo dbała o to aby jej dzieci były schludne i czyste. Bycie samotną matką z piątką dzieci do łatwych zadań nie należało. Jednak z opowieści  babci wiem, że Niemcy często brali babcię za Niemkę. Kiedyś babcia wsiadła do niemieckiego wagonu tramwajowego. Jakiś Niemiec ją zawołał i posadził sobie na kolanach. Babcia znała po niemiecku tylko dwa słowa -  Tak  i Nie. Szybko Niemiec odkrył, że babcia to nie Niemka. Jednak wypuścił ją wolno i machnął żeby wyszła z tramwaju. Do tej pory słyszę jak babcia mówi:        „ Miałam niezwykłe szczęście do Niemców….”

Gdyby nie była ślicznym i zadbanym dzieckiem mogłaby takiego szczęścia nie mieć….

Tekst powstał dzięki książce Joanny Mruk „Moda Kobieca w Okupowanej Polsce” Polecam Wam poczytać, są zdjęcia i jeszcze wiele fajnych ciekawostek i historyjek…..

Buziaki,

Jo

 






Edynburg Pachnie Deszczem

Edynburg Pachnie Deszczem

 

Edynburg Szkocja

Edynburg odwiedziłam równo rok temu. Był to spontaniczny weekend na dobry początek roku i pierwszy trip z Grzesiem przed naszą wspólną eskapadą do Wietnamu.  Przyjechaliśmy jak było już ciemno, więc po odnalezieniu naszej kwatery zrobiliśmy sobie wieczorny spacer. Nie mogłam zobaczyć jeszcze miasta w pełni ale już mogłam stwierdzić, że będzie mi się tu podobać, nawet jak Edynburg szykował dla mnie nie lada wyzwanie…..

Ranek zawitał z cudowną aurą. Pochmurną aurą. Znacznie pochmurną aurą. No taką aurą, że pewnie będąc w Polsce nie chciałoby mi się wyściubić nosa z pod kołdry a co dopiero wystawić stopę poza mój własny metraż. Chmury to jednak rzecz normalna w styczniu, ale tu zaczęło lekko mżyć i wiać. Pogoda typowa na Wyspach.  Opuszczając pensjonat zadowolona że mam składaną parasolkę rozłożyłam ją dumnie tylko po to aby silny podmuch wiatru totalnie ją wykręcił i wylądowała zaraz w pobliskim koszu. Peszek.

Craigmillar Castle

Wyruszyliśmy do pobliskiego centrum handlowego poszukać jakiegoś śniadania. Wyboru zbytnio nie było więc pierwszy otwarty punkt serwujący coś ciepłego nie pozostawiał dużego wyboru. Co ja bym dała za choćby bułę z Subwaya po tym „śniadaniu”.  Opuszczając supermarket wyruszyliśmy zobaczyć ruiny zamku  Craigmillar, który jest jednym z najlepiej zachowanych średniowiecznych zamków Szkocji. W drodze na przystanek zastanawiałam się czy dobrze zrobiłam nie kupując jednak  parasolki. Deszcz zaczynał mocno siąpić a my mieliśmy niezły kawałek potem do przejścia.  Jednak i  tak bardzo mi się podobało. Krajobraz edynburski był tak dla mnie inny od tych wszystkich południowych krajóweuropy i ich architektury.  Kamienne murki, łąki nawet w tej fatalnej pogodzie mnie nastrajały pozytywnie. Zamek znajduje się  ok. 4-5   km od miasta. Bardzo miła Pani, chyba mocno zaskoczona, że ktoś w ogóle pojawił się tutaj odpowiedziała na wszystkie pytania i mogliśmy wejść na teren zamku przez piękną, kutą bramę, przez która kiedyś przejeżdżała zapewne Maria Stuart. 

craigmillar castle
KUCHNIA GDZIE PONOĆ MIESZKAŁA MARIA

Królowa zatrzymała się tutaj raz po porodzie syna 20 listopada 1566 roku i została do 4 grudnia jako rekonwalescentka bo się pochorowała biedaczka.  Ponoć zajmowała wtedy  pomieszczenie kuchenne z racji tego że było mniejsze i znajdował się tam kominek dający więcej ciepła. Jednak niektórzy twierdzą, że zajmowała większe pomieszczenie we wschodniej części zamku.  W czasie  pobytu   zawarto za plecami Marii  tzw. „Craigmillar Bond” mający na celu zamordowanie jej męża Lorda Darnleya. Został on podpisany przez Sekretarza Stanu Marii, oraz kilku szlachciców. 

Sam Zamek powstał w późnym XIV wieku i jego twórcami była rodzina Prestonów. Cała jego budowa  rozciągnęła się na XV i nawet XVI wiek. W 1639 roku zmarł Sir Robert Preston i zamek przeszedł w ręce jego odległego kuzyna Davida Prestona, którego syn sprzedał potem zamek politykowi i sędziemu Sir  Johnowi Gilmor w 1660. Sir John kupił jeszcze sąsiadującą posiadłość  The Inch do której potem się przeniósł z rodziną  opuszczając Craigmillar.  Zamek został zrujnowany w 1775 roku, co prawda była propozycja odbudowy z myślą o królowej Victorii ale ona odwiedziła Craigmillar tylko raz i cały plan upadł. 

CRAIGMILLAR CASTLE

Spacer po zamku był idealną możliwością schronienia się przed deszczem i wyobrażenia sobie jego dawnej postaci. Odnalazłam oczywiście kuchnię z kominkiem gdzie ponoć miała przebywać Maria. Pomyślano nawet o atrakcji dla turystów i zostawiono duże szachy do zabawy. Ja umiem tylko w Warcaby grać jeszcze z dzieciństwa.  Deszcz i wiatr nie ustawał a nam trzeba już było porzucić średniowiecze i wrócić do miasta. Jak tylko dorwałam sklep z parasolkami od razu się zaopatrzyłam w porządną bo skończyły się przelewki. Krótki odpoczynek na ciepłej herbatce, spacer po centralnej części miasta, fotka przy kolejnym zamku i dalej w drogę dzielnicy Dean Village, która kiedyś stanowiła  oddzielną wioskę aż do XIX wieku kiedy to zostałą ona kupiona przez  Johna Learmontha. Powstał też most przez rzekę Leith. Na tym mostku wszyscy robią zdjęcia, więc to jest chyba najsłynniejsza sceneria fotograficzna jeśli chodzi o to miejsce. Gdyby pogoda dopisała byłoby jeszcze piękniej ale mnie ten zakątek Edynburga całkowicie zauroczył. 

DEAN VILLAGE
DEAN VILLAGE

DEAN VILLAGE SCOTLAND

DEAN VILLAGE EDINBURGH

Po krótkim spacerku udaliśmy się w stronę morza  ale robiło się już coraz ciemniej więc trzeba było zawrócić do centrum. Na ukończenie dnia spędziliśmy trochę czasu w księgarni Waterstones i przepadliśmy tam na trochę czasu. Łaziłam tylko góra dół zmieniając działy i zastanawiając się co kupić. Miło było zobaczyć na dziale Fantasy naszego Wiedźminia wyeksponowanego na półce. Dział dziecięcych bajek to było dopiero coś dla takiej fanki. Nie wspomnę o klasyce. Zdecydowałam się na książki typowo szkockie więc kupiłam dwie historyczne, oczywiście jedna o Marii Stuart a także szkockie bajki ludowe. Grześ również zakupił kilka ale coż jak się książki kocha to się z nimi wraca. Pamiętam jak tachałam kiedyś książki ze stanów. Musiałam dodatkową małą walizkę  na to wszystko kupić. Pomimo deszczu, wiatru no tak fatalnej pogody jakiej ja w Polsce rzadko doświadczam stwierdzam że było i tak świetnie i powrócę do Szkocji. Obym ogarnęła tylko ten ruch po innej stronie bo gdyby nie Grześ to pewnie bym się pogubiła w autobusach i przystankach.


EDYNBURG


EDYNBURG

EDYNBURG, SZKOCJA, EDINBURG, SCOTLAND

DODATKOWE INFO:

Koszt wejścia do zamku Craigmillar to 6 funtów

Jeśli chcecie obejrzeć film o Marii Stuart to w miarę dobrze trzymający fakty jest niedawny film z 2018 roku „Maria Królowa Szkotów”, choć filmy historyczne trzeba zawsze oglądać ostrożnie bo łatwo tu o przeinaczenie niektórych faktów, nadinterpretację i pominięcie niektórych wątków z racji ograniczonego czasu filmu.

Powstał też  serial „ Reign” w polskim tłumaczeniu „Nastoletnia Maria Stuart”, który jest całkowitą bajką fantasy. Mam wrażenie, że to wariacja wykorzystująca historyczne postacie do stworzenia czegoś dla nastolatków na wzór sagi „Zmierzch”. Oby  młodzież była świadoma tego faktu i nie czerpała wiedzy historycznej. Sam serial ogląda się całkiem przyjemnie. Ładni aktorzy, w tym Megan Follows jako Katarzyna Medycejska, ciekawie i wyraziście zagrana. Dobra Muzyka i piękne stroje, które są współczesną wariacją historyczną. Oprócz ramowych wydarzeń związanych z historią reszta to całkowita fikcja.



Copyright © 2016 Fashionable Trips , Blogger