Polecam

O DRODZE DO KOBIECOŚCI, PEWNOŚCI SIEBIE I (SZTUCZNYM) PIĘKNIE. PLUS NIESPODZIANKA

O DRODZE DO KOBIECOŚCI, PEWNOŚCI SIEBIE I (SZTUCZNYM) PIĘKNIE. PLUS NIESPODZIANKA

Zdjęcia: MONIKA KACZMARCZYK

 

"The beauty in a woman is not in the clothes she wears, the figure that she carries, or the way she combs her hair. The beauty of a woman is seen in her eyes, because that is the doorway to her heart; the place where love resides. True beauty in a woman is reflected in her soul."

                                                                                                                                       Audrey Hepburn


KILKA SŁÓW NA POCZĄTEK…..

Dawno, dawno temu, kiedy byłam małą  dziewczynką chciałam zostać piękną królewną. Namiętnie oglądałam bajki Disneya i odgrywałam różne role marząc, że kiedyś będę taka jak moje ukochane   bajkowe księżniczki. Później, kiedy byłam nastolatką przyszła pora na seriale z pięknymi aktorkami. Chciałam być tak piękne jak one. No cóż, będąc na granicy pomiędzy światem jeszcze dziecka a stopniowym dojrzewaniem do łatwego okresu nie należały. Szczególnie jak było się otoczoną przez nad wyraz  „rozwinięte”  i wredne koleżanki a sama wyglądałam wtedy niczym „brzydkie kaczątko”. Tą bajkę przyszło mi odgrywać w życiu przez pewien czas.  Nigdy nie mogłam zrozumieć jak można dokuczać  innym dzieciom z powodu wyglądu. Miałam w klasie koleżankę o dość potężnej posturze. Dokuczano jej. Była druga z „patologicznej” rodziny. Dokuczano jej. Nigdy nie mogłam tego zrozumieć. Ja byłam chudziutka i daleko mi było jeszcze do kobiecych kształtów. Jednak ja wcale na to nie czekałam.  Cieszyłam się, że jestem dzieckiem. Byłam jedyną w klasie, która w wieku 12-13 lat nie nosiła biustonosza i co? Nie był mi do niczego potrzebny. Uważałam, że tak kobiecy i seksowny „ubiór” mi nie pasuje. Ledwo lalki odstawiłam. Nie byłam na to emocjonalnie gotowa i moje ciało o tym wiedziało. Nie rozumiałam kogo obchodzi co ja noszę pod bluzką. Czy mi dokuczano? Nie, przynajmniej nie bezpośrednio. Coś tam gadały o mnie  do siebie, ale ja miałam to w głębokim poważaniu. Najlepszą strategią było ignorowanie takich osób i traktowanie ich jak powietrze. Dla mnie one nie istniały. A najgorsze co można zrobić to pokazać swoją słabość  i że ich gadanie w ogóle ma jakieś znaczenie.  Moja Duma zawsze miała się wyjątkowo dobrze. Nie mylić z zarozumiałością. Szkoda, że wprost proporcjonalnie do rozwoju ciała nie szła razem dojrzałość życiowa u tych osób. W tym akurat to wyprzedziłam wszystkich w milach. Czekałam tylko jak skończę ósmą klasę i zamknę na zawsze za sobą drzwi. Zakończenie roku to był wtedy najszczęśliwszy długo wyczekiwany dzień w moim życiu. Nigdy więcej nie spotkałam się z „moją klasą”. Choć wiem, że co niektóre szybko zostały mamusiami sporo przed 18 rokiem życia.





POSZUKIWANIE KOBIECOŚCI I SWOJEGO STYLU

Liceum to  powoli stawanie się młodziutką kobietą. Pierwsze jasne pasemka na włosach. Pierwszy biustonosz, tusz do rzęs i profesjonalny make up na studniówkę. No i pierwsze szpilki.  Kiedy poszłam na studia powoli  zaczęło się  kobiece  przebudzenie.  Mama nauczyła mnie makijażu, dalej eksperymentowałam z włosami.  W końcu w wieku dwudziestu lat zdecydowałam, że pójdę w stronę ciemniejszego odcienia i tak zostało do dziś.

W wieku dwudziestu dwóch lat dostałam od babci książkę na święta Bożego Narodzenia, która na zawsze ukierunkowała wiele moich późniejszych zainteresowań i patrzenie na kobiece piękno. Książka nosiła tytuł „Oczarowanie” i była to biografia Audrey Hepburn napisana przez Donalda Spoto. Audrey, która nawet w naszych czasach zdominowanych przez sztuczne  biusty, napompowane usta i wiele innych „ sztucznych” dodatków, dalej dla wielu kobiet jest inspiracją oraz  ikoną stylu i klasy. Audrey, która była szczuplutka, z malutkim biustem a mimo wszystko uznawaną była i jest nadal  za bardzo kobiecą i zmysłową.  Od tej książki zaczęła się moja podróż w przeszłość. Odkrywałam amerykańską klasykę filmową patrząc na piękne kostiumy i wyjątkowe kobiety. Zaczęłam interesować się modą. Szukałam w sklepach midi spódnic, i cygaretek z wysoką talią. Powoli zaczął się  kształtować mój styl. Fundamentem jest klasyka i kobiecość z romantyczną nutą.

 




 KOMPLEKSY? A KTO TO WYMYŚLIŁ?

Pewnie się zastanowicie czy kiedykolwiek chciałam sobie coś poprawić. Tak, przeszło mi kilka razy przez głowę, żeby może choć trochę powiększyć sobie biust skoro jest mały.  Byłam wtedy młodziutka i na szczęście ten pomysł wyparował mi dość szybko. Kiedy pomyślałam. że mam się z własnej, nie przymuszonej woli położyć pod nóż i wetknąć sobie dwie silikonowe piłki w ciało od razu mi ten pomysł wyparował. Bo niby czemu mam to robić? Bo ktoś sobie wymyślił, że dany obwód klatki piersiowej czy bioder będzie definiował czy jestem piękna, kobieca i seksowna??? O nie!!!  Nauczyłam się akceptować siebie taką jaką jestem z moim małym biustem, celulitem i rozstępami. Każda z nas je  ma i nie ma co patrzeć na wyretuszowane Panie na okładkach. A gdyby mój partner mi powiedział, żebym powiększyła sobie biust  lub cokolwiek „poprawiła” to będę bardziej mu się podobać to bym otworzyła mu drzwi i kazała przez nie przejść i nie wracać więcej, dodając żeby powiększył pojemność swojego mózgu bo wieją tam przeciągi.  Ja kocham Siebie i swoje ciało takie jakie jest.

 





SZTUCZNE PIĘKNO. CZY WARTO JEST SIĘ ZMIENIAĆ?

To nie jest tak, że potępiam operacje plastyczne czy medycyne estetyczną.  Jeżeli ktoś ewidentnie ma jakiś problem, defekt i czuje się nieszczęśliwy bo urodził się taki a nie inny to oczywiście taka operacja jest nawet wskazana dla komfortu psychicznego. Jednak nigdy nie zrozumiem młodych dziewczyn, które wszystkie na jedną modłę nie mając nawet trzydziestki na karku tak ingeruą w swoje ciało i swoją twarz.  Nie wiem czy to media i te żenujące Kardashianki wylansowały modę na taką „sztuczniznę” , że teraz dziewczyny wygladają jak kserokopia zdjęta z tej samej taśmy produkcyjnej. I to widać. Sztuczne poprawki szczególnie na twarzy biją po oczach. Ja jak najdłużej chcę trzymać się z daleka od igły, a jeśli będę już coś kiedyś robić to tylko aby jak najdłużej wyglądać tak jak teraz a nie ingerować w zmianę swojej twarzy.  Przeszłam długą drogę samoakceptacji i pracy nad sobą a przede wszystkim nauczyłam się kochać Siebie za to jaka jestem a nie jak wyglądam i czy  pasuję akurat  współczesnym kanonom „piękna”. Czasem fryzura, makijaż i odpowiedni strój potrafi zdziałać cuda. Kopciuszek wie o tym najlepiej. Chanel mawiała, że nie ma brzydkich kobiet, tylko zaniedbane. Uważam, że  lepiej być nieidealnym a wyjątkowym, niż sztucznie pięknym jak cała masa innych rodem z fabryki. A jeśli nie znacie jeszcze Celeste Barber to polecam jej profil. Nawet na poprawę humoru.





O WYJĄTKOWEJ SESJI Z MONIKĄ  I PREZENT DLA WAS.

Kochane kobietki, nie ważne czy w swoich oczach jesteście dla Siebie za chude, czy za grube. Za niskie czy za wysokie. Macie małe, czy duże usta, pośladki, biusty, stopy, dłonie czy jaka tam część ciała Wam przyjdzie do głowy. Ważne abyście   nauczyły się akceptować  to co macie pięknego, wyjątkowego i niepowtarzalnego w sobie. Nie ma takiej drugiej  jak Wy przecież. I jeśli macie tylko ochotę to  też możecie poczuć się jak modelki i gwiazdy filmowe.  A jak nie napisałyście jeszcze listu do Świętego Mikołaja to mam dla Was super pomysł. Zdjęcia, które wybrałam do tego postu zrobiła mi cudowna Monika Kaczmarczyk Fotograf. To była moja pierwsza profesjonalna sesja zdjęciowa. A jak byłam nastolatką to wierzcie mi  uciakałam od fotek szybciej niż mój pudel. A tutaj pierwszy raz zaufałam komuś i nie musiałam się martwić czy dobrze wyjdę, czy to dobry profil, czy włos  nie odstaje, światło dobre i inne drobiazgi. Mogłam odetchną i zdać się na profesjonalistkę, która nigdy by mi krzywdy nie zrobiła. To było cudowne uczucie a efekt jak widać. Monice udało się wydobyć ze mnie tyle emocji. Serio, rzadko na fotkach śmieję się jak głupi do  sera i widać szczerą radość. I to chciałabym zaproponować Wam. Zamiast patrzeć i porównywać się z innymi kobietami na zdjęciach zróbcie sobie swoje. Własne. Profesjonalne. Dajcie się ponieść i pozwólcie fotografowi się poznać. Może będziecie tak zaskoczone jak Ja. Monika to cudowna i ciepła osoba, która kocha fotografować. Przekonajcie się sami  co potrafi na jej stronie a ode mnie macie drobny prezent. Na hasło JESTEMPIEKNA macie trzy dodatkowe ujęcia w gratisie jeśli wybierzecie się na sesję do Moniki. Oferta bezterminowa, aktualna cały czas. Mam nadzieję, że oprawicie je w ramki i codziennie powiecie do Siebie „Jestem piękna. Taka jak widać”

Zaczęłam cytatem z Audrey Hepburn to i skończę:

 “There is more to feminine charm than just measurements. I don’t need a bedroom to prove my womanliness. I can convey just as much femininity, picking apples off a tree or standing in the rain.”- Audrey Hepburn

Buziaki,

Wasza Jo







 


Wspominki z Podróży: Rodzinny trip na Litwę

Wspominki z Podróży: Rodzinny trip na Litwę


Podróżowanie w czasie pandemii stało się nie tylko bardzo utrudnione, ale jest to ogromne wyzwanie.  Sprawdzanie gdzie można pojechać, czym pojechać, czy trzeba robić testy, czy jest kwarantanna naprawdę zawrotu głowy można by dostać przy planowaniu czegokolwiek. Ponieważ to lato stanęło mówiąc dosłownie w kraju i co najdalej w Europie nie pozostało nic innego jak postawić na samochód i niedalekie kierunki.

Pierwszym takim kierunkiem była nasza sąsiednia Litwa. Dawno mnie nie było u naszych sąsiadów a kiedyś moi rodzice regularnie odwiedzali Druskienniki zabierając nas czasem ze sobą.   I właśnie od tej miejscowości zaczęła się nasza podróż. W Druskiennikach   wzięliśmy nocleg na dwa dni i zaczęliśmy krótkie zwiedzanie znajomych kątów.  Jest to miejscowość, która przez lata bardzo ewoluowała. Mamy tu wiele „sportowych” atrakcji. Dla amatorów wodnych atrakcji jest Aquapark,  rowerki wodne na jeziorze. Sporty zimowe? Czemu nie. Został tu wybudowany  kryty stok narciarski i kolejka linowa która cię do niego zabierze z samego centrum miasta. Hmmm, a może by się trochę powspinać? Też znajdzie się park linowy. No nie wspomnę o rowerowych trasach po lesie. Tak więc można wypocząć również aktywnie.








Nie zapominajmy, że Druskienniki to największe,  najnowocześniejsze klimatyczne i balneologiczne  uzdrowisko   na Litwie jak i w całej Europie. Mamy tu źródła  mineralne, pokłady borowiny i liczne sanatoria z centrum balneologicznym.  To dzięki dekretowi  króla Polski Stanisława Augusta Poniatowskiego z 1794 roku miasto otrzymało status miejscowości leczniczej. Warto też wspomnieć o Józefie Piłsudskim,  który odwiedził  razem z rodziną Druskienniki w 1924 roku. Zamieszkali w bardzo skromnym domku gdzie kończył pisać swoją książkę  pt: „Rok 1920” Przytrafiła się też Piłsudskiemu choroba, ale opieka lekarska i uzdrowiskowe właściwości miasta przyczyniły się do spopularyzowania Druskiennik a sam Piłsudski otrzymał w 1928 roku honorowe obywatelstwo miasta.My tym razem nie korzystaliśmy z  żadnych sanatoriów czy masaży. Zrobiliśmy sobie objazd i spacer po miasteczku, wjechaliśmy kolejką zobaczyć stok, odwiedziliśmy muzeum stalinizmu w małej miejscowości Grutas ok. 8km od Druskiennik i pozjeżdżaliśmy na zjeżdżalniach w Aquaparku. Oczywiście obowiązkowo chłodnik i cepeliny w restauracji Nad Niemnem, oraz zupa chilli i pizza w kolejnej popularnej knajpie Sycylia.


Z Druskiennik zrobiliśmy sobie wypad do Wilna. Przyznaję, że byłam w stolicy Litwy raz  za czasów liceum. Przyjechałyśmy tu z dziewczynami ze szkolnego chóru na festiwal kultury polonijnej. Trochę lat upłynęło od tego czasu. Wilno to  Ostra Brama, od której zaczyna się zwiedzanie. Nasze przyznaje było bardzo utrudnione tego dnia bo co chwilę padał deszcz. Tak więc chroniliśmy się w Kościołach gdy zaczynało padać, a że w Wilnie jest ich 40 to nie było dużego problemu. Najsłynniejszy to Św. Piotra i Pawła na Antokolu. Ze starówki przenieśliśmy się na nasz piękny polski cmentarz na Rossie, który zrobił na mnie ogromne wrażenie. Tyle pięknych i starych pomników i to położenie na wzgórzu. Piękny i nostalgiczny.Na koniec wdrapaliśmy się na basztę Giedymina popatrzeć na panoramę miasta. Z jednej strony widać Wilno modernistyczne  a z drugiej to starodawne.

Wracając  ze stolicy Litwy zatrzymaliśmy się w Trokach zwiedzić zamek. Pochodzi on z przełomu XIV i XV wieku, jednak liczne najazdy Krzyżaków mocno zrujnowały zamek i został on w dość znacznej części zrekonstruowany na początku XX wieku. Jego inicjatorem był wielki kląże litewski Kiejstut oraz jego syn Witold, który dobudował na wyspie drugi zamek – warownie     w latach  1404- 1408, stanowiący wsparcie dla pierwszego znajdującego się na półwyspie.Zamek można było zwiedzać ale mój dziwny lęk wyskości objawiający się w zależności od stromości schodów uniemożliwił mi wejście na najwyższe piętro. Wstyd Jo. Wróciliśmy do Druskiennik na ostatni nocleg, żeby na drugi dzień wyruszyć w stronę Kowna. 







 W  drodze do Kowna zaliczyliśmy skansen w Rumszyszkach. Nie sądziłam, że ten skansen jest taki duży. Na zwiedzanie trzeba sobie trochę czasu zarezerwować, myślę że spokojnie 3h. Obiekty są porozrzucane w dość sporych odległościach od siebie. Nie to co nasz skansen w Sierpcu. Osobiście bardzo mi się podobał, szczególnie rekonstrukcja miasteczka z rynkiem oraz charakterystycznymi budynkami usługowymi. Razem z moją mamą, bo reszta naszej brygady się rozdzieliła, zaczęłyśmy wchodzić po kolei do wszytkich budynków. I tak zamieniłam się w uczennicę w szkole, a potem w nauczycielkę i zrobiłam mamie krótką lekcję matematyki w czterech językach. Potem weszłyśmy do sklepu Grażyna, gdzie każda kobieta mogła się zaopatrzyć w materiały na piękne sukienki i nie tylko. W oknie wypatrzyłam sukieneczkę vintage dla mnie ale akurat nie było sprzedawcy w sklepie. No co za pech :-) 

Nie obyło się też bez apteki, kościoła, poczty a nawet restaturacji. Usiadłyśmy sobie na ławce i zastanawiałyśmy się jak kiedyś żyło się w takim miejscu. Zapewne każdy każdego znał i wszelakie nowinki i plotki szybko krążyły po okolicy. Nie potrzebny internet i pudelek. Życie na pewno było spokojniejsze i monotonne, ale czy nasze życie w obecnych czasach jest lepsze? Pęd, stres, presja. Chyba wszystko w życiu ma swoje wady i zalety. Chciałabym móc wsiąść w taki wehikuł i zoaczyć jak było kiedyś. Obecne czasu nie raz mnie przygnębiają....Jedak jedźmy dalej do Kowna.





Kowno to drugie co do wielkości miasto na Litwie i dawna stolica kraju. Naszym punktem startowym był niewielki zamek, ktory został wzniesiony przez Krzyżaków w 1384 roku.  Miał on stanowić dla nich bazę wypadową na Wilno i Troki. Było to również miejsce zborne w czasie najazdu Krzyżackiego na Litwę a w 1396 podpisano tu zawieszenie broni pomiędzy Krzyżakami a księciem Witoldem. W 1408 roku doszło tu do spotkania pomiędzy  Ulrichem von Jungingenem,  królem Polski Władysławem II Jagiełło oraz będący między nimi rozjemcą Witoldem. Kowno uzyskało w tym roku prawa miejskie.Spod Zamku ruszyliśmy w stronę rynku. Mieści się na nim ratusz i katedra a także sporo knajpek. Przypomina bardzo nasze znajome polskie rynki. Uliczny muzyk przykuł uwagę turystów i spacerowiczów urządzając mini koncert. Zeszliśmy trochę w bok aby zobaczyć Dom Perkuna, czyli gotycką kamienicę kupiecką zbudowaną w XVI wieku. Kamienica została później kupiona przez Jezuitów, którzy urządzili w niej kaplicę. Znacznie później bo w XIX wieku mieściła się tu szkoła i teatr do której uczęszczał Adam Mickiewicz. Od 1928 roku znowu jest własnością jezuitów, mieści się tu internat i Muzeum im. Adama Mickiewicza. Ze Starego Miasta zmierzamy w kierunku Nowego Miasta, którę połączone jest Aleją Wolności - deptakiem z kolorowymi kamienicami i knajpkami. Jako fanka kamienic i starówek byłam bardzo zadowolona.

 Nasz ostani punkt na litewskiej trasie to portowe miasto Kłajpeda. I tu niestety aż tak dużo nie opowiem bo trafiliśmy akurat na Dni Morza i centralna część miasta była wyłączona z ruchu. Zaparkowanie graniczyło z cudem a ludzi zjechało się tyle, że zapomniałam że istnieje Covid i jakiekolwiek ograniczenia. Podczas naszej podróży Litwa nie była objęta żadnymi obostrzeniami czy maseczkami. Idąc za tłumem w kierunku morza przeszliśmy przez ichniejszą "starówkę" jeśłi mogę to tak nazwać. Dotarliśmy do placu teatralnego a ja sobie myślę czy są tu jakieś fajne kamienice? Co prawda był jakiś  pomnik kobiety gdzie robiono sobie fotki, więc myślę..."Może też musimy, coś ważnego" A była to "nieśmiała Anusia" bohaterka z poetyckiego dzieła Simona Dacha, pieśni ludowej „Ännchen von Tharau”

Im dalej w stronę morza tym więcej ludzi. Trafiliśmy do zagłębia Food trucków i po degustacji jednego  dania na "próbę" stwierdziliśmy zgodnie, że obiad to my oczywiście zjemy... ale w sieci Hesburger z daleka od tych tłumów.  Nasz plan rejsu po morzu odpadł błyskawicznie i po pysznym zdrowym  obiadku pojechalismy kilka kilometrow od Kłapejdy wypocząć na plaży. Miejscowość iście kurortowa, mnóstwo hotelów i pensjonatów. Bardzo zadbana i zielona. Dla odmiany na plaży było pusto i spokój. W końcu.... I tym plażowym akcentem  i relaksem kolejnego dnia  kończyliśmy nasz pobyt. Polecam, choć Kłajpeda mnie nie urzekła. Jak dla mnie nie jest to "must see". Ale to tylko moja subiektywna opinia. 

Do następnego razu....

Buziaki,

Jo.

P.S Nie zapomnijcie o wideo z podróży,  tam zobaczycie widoczki . ;-)





Wizyta w Opinogórze, czyli o rodzinie Krasińskich słów kilka.... Plus VIDEO

Wizyta w Opinogórze, czyli o rodzinie Krasińskich słów kilka.... Plus VIDEO

 


   Podążając za jeszcze nie odkrytymi pałacykami na Mazowszu przyjechałam do Opinogóry śladami poety Zygmunta Krasińskiego.  Pałacyk jest w stylu neogotyckim i był to prezent ślubny od ojca Zygmunta, gen. Wincentego. Sam pałacyk został wybudowany w pierwszej połowie  XIX wieku. Był stopniowo rozbudowywany, jednak działania wojen sprawiły że pałac został zniszczony. Dopiero w latach 50-tych XX wieku zdecydowano o jego odbudowie i zgromadzono w nim pamiątki po rodzinie Krasińskich tworząc tym samym Muzeum Romantyzmu.

Zakupiłam  tutaj kolejną książkę  Magdaleny Jastrzębskiej pt. „Pani na Złotym Potoku” dzięki której mogłam dowiedzieć się coś więcej o rodzinie Krasińskich. Nasz poeta nie wypada  jakoś wybitnie pozytywnie. Nie należał on do mężczyzn zakochanych i wiernych swojej żonie. Wręcz przeciwnie, jego wielką miłością była Delfina Potocka, którą poznał w Neapolu w wieku 26 lat. Mówiono wtedy, że był to jeden z najsłynniejszych  romansów epoki romantyzmu. Cóż, Delfina była piękną kobietą, oprócz tego była sprytna  i potrafiła swoje walory wykorzystać.  Była próżną i egzaltowaną  snobką, która lubiła pokazywać    swoją wyższość nad zwykłym i szarym otoczeniem. Można by porównać ją  do ówczesnych pustych „celebrytek”, które myśląc, że zgromadziły wokół siebie marną publikę, uważają się za kogoś lepszego. Różnica polega tylko na tym, że kiedyś trzeba było mieć dobre pochodzenie a teraz wręcz przeciwnie. Im większe prostactwo tym większa atencja. Wróćmy jednak z  powrotem do XIX wieku. Nasz Zygmunt wpadł jak śliwka w kompot z tym swoim uczuciem do Delfiny jak typowy facet, co to poleci w pierwszej kolejności na wygląd a nie osobowość.  Ona natomiast miała męża jednak szczęśliwa w tym związku nie była. Rekompensowała to sobie pieniędzmi, kontaktami, urodą co spowodowało, że stała się taka  próżna i egzaltowana. Była prawdziwą „Lwicą Salonową” która inspirowała m. in.  naszego Chopina.

Jednak ojciec wybrał Zygmuntowi żonę, a została nią Eliza Branicka. Co prawda matka Elizy nie była zbytnio zachwycona tym wyborem bo widziała dla córki kogoś innego. Niemniej jednak Zygmunt oczarował  Elizę i oświadczył się jej na początku 1843 roku. Nie miał zamiaru oczywiście rezygnować ze swojej wielkiej miłości czyli Delfiny, z którą spędził upojny miesiąc we Francji tuż przed ślubem. O Boże drogi czy to kiedyś czy dziś mężczyźni jednak potrafią rozczarować swoim zachowaniem. Ślub odbył się 22 lipca a załamany Zygmunt żalił się w listach do ukochanej  o swoim nieszczęściu i cierpieniu. Eliza była za to zakochana w mężu, jednak w tym związku zawsze pozostawała  Delfina. Eliza, w przeciwieństwie do Delfiny była kobietą łagodną, spokojną o romantycznym usposobieniu. Była bardzo inteligentna, kompromisowa, miała zasady  i odznaczała się wielką godnością i siłą charakteru. Od razu ją polubiłam J Co ciekawe do skonsumowania małżeństwa doszło dopiero pół roku po ślubie bo nasz Zygmunt uważał ten akt za „gwałt na samym sobie”  Para doczekała się  czwórki dzieci : Władysława, Zygmunta, Marii i Elizy.  Życie z Zygmuntem do łatwych nie należało, przez co nazywano ją „aniołem dobroci”. Życie w trójkącie to wyzwanie dla każdej kobiety, której zależy mimo wszystko na mężu i rodzinie. Mężu, który potrafił być dodatkowo tak wyrachowany, że zabrał swoją żonę w podróż do Nicei razem z kochanką i wymagał od żony aby okazała jego przyjaciółce „serce i sympatię” No na takie pomysły to tylko facet może wpaść.  Jakby tego było mało Zygmunt ciągle cierpiał na różne choroby, a że wiadomo jak to z artystami bywa jego stany chorobowe potęgowały narzekanie i upajanie się własnym cierpieniem. Miał bogato rozwiniętą hipochondrię. Stanowiło to też świetny powód aby w ramach wszelakich kuracji podróżować po uzdrowiskach z kochanką. Cały ten „manage a trois” odbił się też na zdrowiu Marii u której stwierdzono wycieńczenie i zły stan nerwowy. Delfina potrafiła też  najechać ich w domu i szarogęsić się jak Pani na włościach rozporządzając służbą Krasińskich jak swoją i będąc lekko mówiąc „niegrzeczną” w stosunku do Elizy, która w przeciwieństwie do tej egzaltowanej rozhisteryzowanej Lali miała wielką klasę i traktowała jej zachowanie jak kobiety z nizin społecznych. Mimo wszystko Maria jak dobra i oddana żona trwała przy mężu i pielęgnowała go w jego licznych chorobach. Rodzina dużo   podróżowała po Europie jednak Eliza lubiła spędzać czas w Polsce. Zresztą prowadzenie domu, wychowanie dzieci i wszystkie rzeczy z tym związane były na jej głowie.

Czasem ciężki i okrutny los nie oszczędzał rodziny Krasińskich.  Najmłodsza córka Eliza zachorowała na ból gardła. Niestety zrobił się wrzód i dziecko udusiło się. Maria bardzo to przeżyła nawet Zygmunt zawsze zajęty głównie tylko sobą dostrzegł u żony ciężki stan i zaczął w końcu zachowywać się choć trochę jak zatroskany, prawdziwy mąż co przejawiło się w czulszych listach do żony. Maria z dziećmi wyjechała na jakiś czas do Francji. Zaledwie rok później zmarł ojciec poety Władysław a Zygmunt na początku roku 1895 mocno podupadł na zdrowiu. Niestety tym razem się nie udało i   Krasiński zmarł  w nocy 23 lutego  w otoczeniu rodziny w Paryżu. Jego prochy przywieziono do Opinogóry gdzie spoczęły w Mauzoleum Krasińskich.

Po tych tragicznych wydarzeniach w życiu Marii zaświeciła się iskierka nadziei na lepsze jutro.  Wyznaczony jeszcze za życia Wincenta kuzyn Ludwik Krasiński po śmierci Zygmunta zajął się wszystkimi sprawami majątkowymi. Bardzo się z Marią polubili. Był to człowiek całkowicie odmienny od Zygmunta, więc nie dziwota, że Maria w końcu się w nim zakochała. Wbrew wszystkim przeciwnym opiniom para wzięła ślub w 1860 roku. Maria niedoczekana się potomstwa z Ludwikiem gdyż jedyne dziecko  nim poroniła. Za to jej dzieci bardzo pokochały Ludwika. Następne lata rodzina spędzała częściowo za granicą a częściowo w Polsce. Maria dbała o edukacje swojej córki Marii Beatrix, która miała lotny umysł i bardzo szybko się uczyła. Jej starszy brat Zygmunt niestety był słabego zdrowia i w wieku 21 lat zmarł co spowodowało kolejny cios dla rodziny Krasińskich.

Następne lata upłynęły rodzinie na podróżach między Polską a Europą, kształcenie dzieci, w międzyczasie brat Marii Władysław wziął ślub z Różą Potocką. Doczekali się trojga dzieci jednak Władysław odziedziczył po ojcu skłonność do gruźlicy i na tą chorobę przedwcześnie zmarł. Nasza Maria była bardzo związana z bratem przyjacielską więzią. Mniej więcej w tym samym okresie miała szansę zostać żoną króla Szwecji Karola XV, który zobaczył portret Marii przypadkowo podczas podróży. Były poczynione przygotowania do zaręczyn jednak wszystko było trzymane w tajemnicy. Niestety, król zmarł nagle a tron Szwecji przypadł jego młodszemu bratu. Marii pozostało czekanie na kolejnego wybrańca losu. Zanim to nastąpi, wydarzy się jeszcze jedna strata w rodzinie. 15 maja 1876 roku odchodzi Eliza nabawiając się śmiertelnego w skutkach zapalenia płuc. Cały majątek pozostawiła w spadku swojemu mężowi Ludwikowi.

Ponoć kto czeka to się doczeka i na drodze Marii w końcu stanął mężczyzna. Prawdziwy gentleman hrabia Edward Raczyński. Przystojny, inteligentny, czarujący, światowy, no typ który podobał się kobietom. I trzeba dodać że nie tylko Marii wpadł w oko. Jeszcze jedna kobieta się mocno w nim podkochiwała a była to …. Szwagierka Marii, Róża Potocka. W ostateczności Edward wybrał Marię, nie będę słać tu teraz domysłów że „poleciał” na jej fortunę. Zresztą przed zawarciem małżeństwa 9 kwietnia 1877 roku została podpisana intercyza o rozdzielności majątkowej. Maria mogła dysponować wszystkim co posiadała samodzielnie. Na ślubie nie pojawił się jednak stryj- ojczym Marii Ludwik, który nie aprobował tego wyboru. Nasz kawaler w oczach Ludwika „jawił się jako człowiek prawie bez pieniędzy, na skraju bankructwa,” Mało tego nie należał do osób pracowitych i nie miał w ogóle głowy do interesów.

Na początku małżeństwa Maria była bardzo szczęśliwa, doczekała się z Edwardem jedynego syna Karola. Ich życie było dzielone pomiędzy pałac w Rogalinie, gdzie Maria czuła się wyjątkowo dobrze a pałac w Złotym Potoku. To Wincenty kupił dawno temu dobra potockie dla Zygmunta i to tutaj miała się mieścić siedziba rodu Krasińskich. Jednak historia potoczyła się inaczej i miejsce to trochę podupadło, ponieważ rzadko tu przyjeżdżano. Do czasu aż zawitała tu nasza świeżo upieczona hrabina Raczyńska i postanowiła zrobić tu porządek. Z czasem w małżeństwie Raczyńskich zaczęły pojawiać się rozbieżności. Dwa silne charaktery i indywidualności łatwo ze sobą nie miały. Edward to była dusza towarzystwa która świetnie odnajdowała się na salonach Maria wręcz przeciwnie szukała ciszy i spokoju a wielki świat przepełniony snobizmem ją męczył. Nie to co Edward, który sypał historyjkami i żartami jak z rękawa i uwielbiał być w centrum zainteresowania. Takie rozbieżności prowadziły do częstych spięć i kłótni.

Jaka była Maria? Mówiono o niej często „kobieta egzotyczna” albo „  trochę zwariowana” A to dlatego, że nie bała się mówić co myśli, nie podążała często utartym szlakiem arystokratycznego świata w którym się znajdowała.  Była wymagająca  w stosunku do otoczenia a często snobistyczny i próżny świat ją wręcz drażnił.

„Nie tęskno mi do ludzi, których bym mogła zastać w salonie, którzy są zdolni rozprawiać całymi godzinami o intrygach buduarowych i toaletach….” Nie znosiła dwulicowych ludzi, obłudy i nie raz zdarzyło się jej nie kryć oburzenia, mimo że damie nie przystawało takich rzeczy głosić. Wolała otaczać się inteligencją, artystami, uczonymi i ludźmi którzy mieli „ dżentelmeństwo w ułożeniu i postępowaniu”. A jak nie trawiła dorobkiewiczów i ludzi którzy mimo sfery w której się znajdowali w głowie dużo nie mieli. Aż przytoczę tu cytat Marii „Tacy ludzie cisną do salonów Deotymy a jednego z jej wierszy nie przeczytali, bo na polską książkę szkoda i  czasu i pieniędzy”. Uwielbiam już ją. Kto umie czytać między wierszami i trochę mnie zna, nawet po moich blogowych tekstach  to wie o czym mówię.   A dobroczynność na pokaz, tu dopiero Maria była zniesmaczona.  Była patriotką. Nie bała się krytykować nawet kobiet ze swojej sfery gdzie mąż zapewniał strumień pieniędzy a dzieci to tylko wystrojone lalki na pokaz. Nie potrafiła zrozumieć „wielkich dam”,  które wydawały fortunę na paryskie stroje. Maria całą swoją toaletę zamawiała w Polsce i nawet sprowadzała specjalnie jeśli była za granicą. Dla niej to był obowiązek jako klasy uprzywilejowanej wspierać polski przemysł.  Cóż za analogia występuje tu pomiędzy czasami Marii a naszymi. Widać, że nie ważne czy to XIX  czy XX  wiek. Ludzka natura się nie zmienia. Otoczenie się tylko  zmienia.

Hrabina Raczyńska jawi się jako osoba o niezależnych poglądach, odważna o niezwykłym zmyśle obserwacji świata i ludzkiej natury. Nie bała się mówić i pokazywać tego co myśli nawet jeżeli było to odmienne od większości osób które ją otaczało.  Niestety nie zjednywało to przyjaciół i często czuła się samotna. Jak ja doskonale ją rozumiem i ile z hrabiną mam wspólnego. Myślę, że byśmy się bardzo dobrze porozumiały ze sobą i może nawet zaprzyjaźniły. Takie porozumienie dusz miała tylko ze swoim bratem Władysławem.

Życie małżeńskie z Edwardem stawało się coraz trudniejsze, Maria zaczęła podupadać na zdrowiu. Edward nie wykazał się wsparciem dla Marii, a należy pamiętać, że były to czasy gdzie mężczyźnie wybaczało się wszystko a kobiecie nic. Maria zabrała Karolka i wyjechała do Włoch. Tam nawiązała mocną i silną przyjaźń z Anielą Trypplin. Zdrowie jednak nie ulegalo poprawie a stosowanie morfiny przez lekarzy jako lekarstwa miało niestety zły wpływ na organizm i często prowadziło do morfinizmu.

Maria zmarła 24 sierpnia 1884 roku w Trydencie. Ciało sprowadzono do kraju i pochowano w mauzoleum w Rogalinie. Dwa lata po jej śmierci Edward ponownie się ożenił i to z wcześniej odrzuconą szwagierką Marii Różą, która w wieku czterdziestu lat dała  mu pierwszego syna Rogera a dwa lata później Edwarda, który zostanie polskim dyplomatą, politykiem i prezydentem RP na uchodźstwie w latach 1979-1986. Syn Marii Beatrix Karol wychowywał się razem z dziećmi Róży i Edwarda oraz kuzynostwem czyli dziećmi Rózy z pierwszego małżeństwa. Został spadkobiercą Złotego Potoku. Doczekał się czwórki dzieci ze swoją żoną księzniczką Stefanią z czego dwójka dożyła wieku dojrzałego.

Na tym zakończę historię rodziny Krasińskich. Mam nadzieję że zachęci to Was do przeczytania książki na podstawie której powstał ten tekst pt: „ Pani na Złotym Potoku” Magdaleny Jastrzębskiej, a także poszperania co działo się dalej ze Złotym Potokiem, a także jaką żoną była Róża i jak układało się jej z Edwardem. Jeśli chcecie zobaczyć wnętrza pałacu w Opinogórze, dworku i oficyny to zapraszam na mój krótki film w stylu vintage.

Buziaki,

Jo



@teddyloveblueberry zawsze ze mną w podróży










 

 


 

 


Werona - z wizytą u Julii + VIDEO

Werona - z wizytą u Julii + VIDEO



Werona pewnie większości  kojarzy się z Romeo i Julią. Włochom chyba również i bardzo dobrze podłapali temat Szekspira. Oczywiście nie jeśli chodzi tu o wartości literackie a biznesowe. Jak zrobić coś z niczego i jeszcze na tym zarobić? To się Włochom udało.

W Wenecji wsiadamy w pociąg aby się przekonać o co chodzi z tym słynnym love story i czym zaskoczy nas Werona.  Po przyjeździe wsiadamy w autobus i jedziemy w kierunku największego placu miasta czyli Piazza Bra. Rozglądamy się dookoła, pierwsze co się rzuca w oczy to Arena a mi zaraz przypomina się ukochany  Rzym. 
Idziemy przed siebie, zaczynamy robić zdjęcia. Zaraz wypatruje tabliczkę z napisem Casa de Gulietta. Czyli idziemy w dobrym kierunku. Po drodze mijamy oczywiście ekskluzywne butiki, ale ciuszki mnie nie powaliły na kolana.  Skręcamy w kolejną uliczkę i już wiem gdzie dalej należy iść widząc mały tłumik gromadzący się przed bramą. No dobra, czyli zmierzamy do "słynnego" balkonu za który każą sobie jeszcze słono płacić. 6 euro żeby wejść i cyknąć fotę w miejscu co to nie żaden dom Capuletti a Capello. No nie wierzę w to co widzę.

Prawda jest taka, że to wszystko wymyślona fikcja i ta przez Szekspira i ta przez Włochów. Żadna Julia na tym  balkonie na prawdę  nie stała, a Szekspir w ogóle nie był w Weronie. Gdyby było inaczej byłabym skłonna zrozumieć te tłumy i tych turystów co to płacą żeby sobie na jakiś tam balkon wejść i pomachać. No ale żeby było ciekawiej to już na dole  stoi sobie Julia. Posągowa. Czeka na nas z wypiętą piersią. Kolejna historyjka wymyślona przez Włochów brzmi: jeśli położysz dłoń na prawą pierś Julii to spotkasz miłość.   (pewnie wymyślili to pijąc wino i wcinając pizze a  teraz pękają ze śmiechu patrząc na tych naiwniaków co te historyjki kupili). I żeby była jasność, ja na żaden balkon nie weszłam i cycka też nie macałam. 

To nie koniec oczywiście "Juliowych" rewelacji. Wszędzie gift shopy z pamiątkami, kłódki serca i generalnie cały kramik związany z tym "słynnym" dziełem. A jako wisienka na torcie to ściany przy wejściowej bramie oblepione są karteczkami z miłosnymi wyznaniami, niektóre pisane na plastrach opatrunkowych. Jedno mnie totalnie wprawiło w osłupienie bo napisane było na otwartej i rozłożonej podpasce. Ludzka pomysłowość nie zna granic. Karteczki przyklejone były często na gumy do żucia. Przyznaje, że całość zbyt estetycznie nie wyglądała.

Skoro jesteśmy przy temacie Juli,  działa w Weronie "Klub Julii" gdzie wolontariusze z całego świata odpowiadają na pozostawione listy. Próbowałyśmy zlokalizować to miejsce, ale chyba zmienili adres. Jednak najdziwniejszą dla mnie rzeczą jest rzekomy grób naszej bohaterki w byłym klasztorze benedyktyńskim. Jest oczywiście pusty i za ta pustkę trzeba zapłacić 4 euro. Gdyby ktoś miał ochotę.
Żeby nie zapomnieć o naszym Romeo to jego  dom znajduje się kilometr dalej od ukochanej i jest własnością prywatną. 

Opuszczamy to dziwne miejsce,  Szekspirowskich bohaterów i  podążamy przed siebie odkrywając kolejne place i zakątki Werony.  Słynny plac Piazza delle Erbe czyli Plac Ziół  jest dość zatłoczony turystami i straganami więc przechodzimy  na spokojniejszy Piazza dei Signori. W końcu siadamy na chwilę odpocząć.  Mój brzuszek podpowiada mi, że zbliża się  czas na lody. 

Wyczytałam o pewnej lodziarni nad rzeką Adyga i postanowiłam ją sprawdzić. Zmieniam buty na klapki i w drogę. Widok ludzi wcinających lody oznaczał, że chyba  to miejsce na prawdę ma jakąś renomę.  Ponte de Pietra bo tak się nazywa to ponoć najlepsza lodziarnia w Weronie. Jestem czasem sceptycznie nastawiona do lokali typu "najlepszy w mieście..." po tym jak "Najlepsza pizza w Rzymie" okazała się największą klapą jaką jadłam. Tutaj jednak przyznaje, lody były pyszne, obsługa super i nawet mogłam popróbować smaków zanim się zdecydowałam. U mnie to typowe, im większy wybór tym gorzej. Zaraz po kupnie lodów wszyscy siadają na ławkach zjeść i popatrzeć na rzekę.

Kiedy już się uraczyłyśmy, przyszła pora na kolejny punkt na trasie, czyli taras widokowy na zamku. Przechodzimy przez most Ponte  Pietra i decydujemy się wjechać kolejką na górę za 1 euro i zejść piechotą na dół. Polecam taką opcję bo bardzo przyjemnie się schodziło.  Zamek San Pietro był nieczynny dla zwiedzających, ale panorama Werony to była uczta dla moich oczu i mi zdecydowanie wystarczyła. Jak dla mnie obowiązkowe miejsce do zobaczenia. Gdzie tam jakiś balkon fikcyjnej Julii. 

Reszta naszej trasy to był powrót i typowo włoski spacer, czyli maszerowanie swobodne uliczkami, przystanek na makaron i powrót na Piazza Bra. Pobyt zakończyłyśmy z mocnym uderzeniem.....Pioruna. Jak wróciłyśmy na stację zaczęło lać i grzmieć, kazano nam zmienić pociąg bo ten w którym siedziałyśmy gotowe do drogi doznał awarii (pewnie od pioruna) i przez to zmoczył nas deszcz jak biegłyśmy między peronami. Nic dodać, nic ująć. Wycieczka udana. Werona zaliczona. Warto tu przyjechać.

P.s Kto chce zakosztować trochę włoskiego klimatu i zerknąć na Weronę to polecam film "Listy do Julii"




TEDDY BLUEBERRY MUSIAŁ MIEĆ FOTKĘ 








Padwa moimi oczami - jednodniowa wypad z Wenecji

Padwa moimi oczami - jednodniowa wypad z Wenecji



Wykorzystując chwilową przerwę od normalnego życia postanowiłam nadrobić małe zaległości i wstawić filmik z Padwy. Włochy, które są teraz silnie opanowane  przez Koronowirusa mogę sobię tylko pooglądać na zdjęciach i wideo.
Padwa to fajne, niewielkie miasteczko blisko Wenecji, gdzie można zrobić sobie krótki jednodniowy wypad. Kilkanaście minut pociągiem i opuszczamy zatłoczoną turystami Wenecję. Pamiętam, że jak przybyłyśmy do Padwy  można było odczuć, że panuje siesta. Wszędzie było pusto.  Cisza i spokój, nawet tak wielki, że nie miałyśmy kogo spytać o drogę jak mi się Google maps zawiesiło.  

CO WARTO ZOBACZYĆ



Padwa uważana jest jako miasto kościołów, bo jest ich znaczna ilość, jednak mimo że nie jestem wielką fanką budynków sakralnych to polecam odwiedzić Bazylikę Św. Antoniego. Grób, relikwie a także piękne krużganki to obowiązek moim zdaniem na trasie spaceru po mieście

 A jak już o spacerowaniu mowa to kolejna ciekawostka. Padwa to też miasto rowerów. Jest ich naprawdę dużo i  zastanawiałam się czy jednego nie „buchnąć” ;-D

Miasto jest naznaczone również wybitnymi polakami i tak znajdziemy tu pomniki  Stefana Batorego i Jana III Sobieskiego, oraz plac Maksymiliana Kolbe. Kto lubi kawę i nie boi się eleganckich kelnerów pod krawatem to może zajść zakosztować przyjemności w restauracji Pedrocchi. Mieści się ona przy ulicy VIII Febbraio i jest  najstarszą kawiarnią w Padwie. Jej początki sięgają roku 1831 kiedy to właściciel Antonio Pedrocchi razem z przyjacielem przebudowali ówczesną malutką kawiarnię w bardziej dystyngowane i eleganckie miejsce.
Jak to bywa we Włoszech tu gubimy i znajdujemy się co chwila, wychodzimy na różne place i uliczki więc trzeba po prostu wyruszyć w stronę Starego Miasta i hulaj dusza gdzie nogi poniosą. Zapraszam do obejrzenia filmiku, żeby choć trochę zakosztować uroku Padwy.









Copyright © 2016 Fashionable Trips , Blogger