Werona - z wizytą u Julii + VIDEO

Werona - z wizytą u Julii + VIDEO



Werona pewnie większości  kojarzy się z Romeo i Julią. Włochom chyba również i bardzo dobrze podłapali temat Szekspira. Oczywiście nie jeśli chodzi tu o wartości literackie a biznesowe. Jak zrobić coś z niczego i jeszcze na tym zarobić? To się Włochom udało.

W Wenecji wsiadamy w pociąg aby się przekonać o co chodzi z tym słynnym love story i czym zaskoczy nas Werona.  Po przyjeździe wsiadamy w autobus i jedziemy w kierunku największego placu miasta czyli Piazza Bra. Rozglądamy się dookoła, pierwsze co się rzuca w oczy to Arena a mi zaraz przypomina się ukochany  Rzym. 
Idziemy przed siebie, zaczynamy robić zdjęcia. Zaraz wypatruje tabliczkę z napisem Casa de Gulietta. Czyli idziemy w dobrym kierunku. Po drodze mijamy oczywiście ekskluzywne butiki, ale ciuszki mnie nie powaliły na kolana.  Skręcamy w kolejną uliczkę i już wiem gdzie dalej należy iść widząc mały tłumik gromadzący się przed bramą. No dobra, czyli zmierzamy do "słynnego" balkonu za który każą sobie jeszcze słono płacić. 6 euro żeby wejść i cyknąć fotę w miejscu co to nie żaden dom Capuletti a Capello. No nie wierzę w to co widzę.

Prawda jest taka, że to wszystko wymyślona fikcja i ta przez Szekspira i ta przez Włochów. Żadna Julia na tym  balkonie na prawdę  nie stała, a Szekspir w ogóle nie był w Weronie. Gdyby było inaczej byłabym skłonna zrozumieć te tłumy i tych turystów co to płacą żeby sobie na jakiś tam balkon wejść i pomachać. No ale żeby było ciekawiej to już na dole  stoi sobie Julia. Posągowa. Czeka na nas z wypiętą piersią. Kolejna historyjka wymyślona przez Włochów brzmi: jeśli położysz dłoń na prawą pierś Julii to spotkasz miłość.   (pewnie wymyślili to pijąc wino i wcinając pizze a  teraz pękają ze śmiechu patrząc na tych naiwniaków co te historyjki kupili). I żeby była jasność, ja na żaden balkon nie weszłam i cycka też nie macałam. 

To nie koniec oczywiście "Juliowych" rewelacji. Wszędzie gift shopy z pamiątkami, kłódki serca i generalnie cały kramik związany z tym "słynnym" dziełem. A jako wisienka na torcie to ściany przy wejściowej bramie oblepione są karteczkami z miłosnymi wyznaniami, niektóre pisane na plastrach opatrunkowych. Jedno mnie totalnie wprawiło w osłupienie bo napisane było na otwartej i rozłożonej podpasce. Ludzka pomysłowość nie zna granic. Karteczki przyklejone były często na gumy do żucia. Przyznaje, że całość zbyt estetycznie nie wyglądała.

Skoro jesteśmy przy temacie Juli,  działa w Weronie "Klub Julii" gdzie wolontariusze z całego świata odpowiadają na pozostawione listy. Próbowałyśmy zlokalizować to miejsce, ale chyba zmienili adres. Jednak najdziwniejszą dla mnie rzeczą jest rzekomy grób naszej bohaterki w byłym klasztorze benedyktyńskim. Jest oczywiście pusty i za ta pustkę trzeba zapłacić 4 euro. Gdyby ktoś miał ochotę.
Żeby nie zapomnieć o naszym Romeo to jego  dom znajduje się kilometr dalej od ukochanej i jest własnością prywatną. 

Opuszczamy to dziwne miejsce,  Szekspirowskich bohaterów i  podążamy przed siebie odkrywając kolejne place i zakątki Werony.  Słynny plac Piazza delle Erbe czyli Plac Ziół  jest dość zatłoczony turystami i straganami więc przechodzimy  na spokojniejszy Piazza dei Signori. W końcu siadamy na chwilę odpocząć.  Mój brzuszek podpowiada mi, że zbliża się  czas na lody. 

Wyczytałam o pewnej lodziarni nad rzeką Adyga i postanowiłam ją sprawdzić. Zmieniam buty na klapki i w drogę. Widok ludzi wcinających lody oznaczał, że chyba  to miejsce na prawdę ma jakąś renomę.  Ponte de Pietra bo tak się nazywa to ponoć najlepsza lodziarnia w Weronie. Jestem czasem sceptycznie nastawiona do lokali typu "najlepszy w mieście..." po tym jak "Najlepsza pizza w Rzymie" okazała się największą klapą jaką jadłam. Tutaj jednak przyznaje, lody były pyszne, obsługa super i nawet mogłam popróbować smaków zanim się zdecydowałam. U mnie to typowe, im większy wybór tym gorzej. Zaraz po kupnie lodów wszyscy siadają na ławkach zjeść i popatrzeć na rzekę.

Kiedy już się uraczyłyśmy, przyszła pora na kolejny punkt na trasie, czyli taras widokowy na zamku. Przechodzimy przez most Ponte  Pietra i decydujemy się wjechać kolejką na górę za 1 euro i zejść piechotą na dół. Polecam taką opcję bo bardzo przyjemnie się schodziło.  Zamek San Pietro był nieczynny dla zwiedzających, ale panorama Werony to była uczta dla moich oczu i mi zdecydowanie wystarczyła. Jak dla mnie obowiązkowe miejsce do zobaczenia. Gdzie tam jakiś balkon fikcyjnej Julii. 

Reszta naszej trasy to był powrót i typowo włoski spacer, czyli maszerowanie swobodne uliczkami, przystanek na makaron i powrót na Piazza Bra. Pobyt zakończyłyśmy z mocnym uderzeniem.....Pioruna. Jak wróciłyśmy na stację zaczęło lać i grzmieć, kazano nam zmienić pociąg bo ten w którym siedziałyśmy gotowe do drogi doznał awarii (pewnie od pioruna) i przez to zmoczył nas deszcz jak biegłyśmy między peronami. Nic dodać, nic ująć. Wycieczka udana. Werona zaliczona. Warto tu przyjechać.

P.s Kto chce zakosztować trochę włoskiego klimatu i zerknąć na Weronę to polecam film "Listy do Julii"




TEDDY BLUEBERRY MUSIAŁ MIEĆ FOTKĘ 








Padwa moimi oczami - jednodniowa wypad z Wenecji

Padwa moimi oczami - jednodniowa wypad z Wenecji



Wykorzystując chwilową przerwę od normalnego życia postanowiłam nadrobić małe zaległości i wstawić filmik z Padwy. Włochy, które są teraz silnie opanowane  przez Koronowirusa mogę sobię tylko pooglądać na zdjęciach i wideo.
Padwa to fajne, niewielkie miasteczko blisko Wenecji, gdzie można zrobić sobie krótki jednodniowy wypad. Kilkanaście minut pociągiem i opuszczamy zatłoczoną turystami Wenecję. Pamiętam, że jak przybyłyśmy do Padwy  można było odczuć, że panuje siesta. Wszędzie było pusto.  Cisza i spokój, nawet tak wielki, że nie miałyśmy kogo spytać o drogę jak mi się Google maps zawiesiło.  

CO WARTO ZOBACZYĆ



Padwa uważana jest jako miasto kościołów, bo jest ich znaczna ilość, jednak mimo że nie jestem wielką fanką budynków sakralnych to polecam odwiedzić Bazylikę Św. Antoniego. Grób, relikwie a także piękne krużganki to obowiązek moim zdaniem na trasie spaceru po mieście

 A jak już o spacerowaniu mowa to kolejna ciekawostka. Padwa to też miasto rowerów. Jest ich naprawdę dużo i  zastanawiałam się czy jednego nie „buchnąć” ;-D

Miasto jest naznaczone również wybitnymi polakami i tak znajdziemy tu pomniki  Stefana Batorego i Jana III Sobieskiego, oraz plac Maksymiliana Kolbe. Kto lubi kawę i nie boi się eleganckich kelnerów pod krawatem to może zajść zakosztować przyjemności w restauracji Pedrocchi. Mieści się ona przy ulicy VIII Febbraio i jest  najstarszą kawiarnią w Padwie. Jej początki sięgają roku 1831 kiedy to właściciel Antonio Pedrocchi razem z przyjacielem przebudowali ówczesną malutką kawiarnię w bardziej dystyngowane i eleganckie miejsce.
Jak to bywa we Włoszech tu gubimy i znajdujemy się co chwila, wychodzimy na różne place i uliczki więc trzeba po prostu wyruszyć w stronę Starego Miasta i hulaj dusza gdzie nogi poniosą. Zapraszam do obejrzenia filmiku, żeby choć trochę zakosztować uroku Padwy.









Copyright © 2016 Fashionable Trips , Blogger