Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HISTORIA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HISTORIA. Pokaż wszystkie posty
Obchody Świąt Bożego Narodzenia w ziemiańskim dworze.

Obchody Świąt Bożego Narodzenia w ziemiańskim dworze.


 

Na pewno nie raz zadawaliście sobie pytania jak Święta Bożego Narodzenia wyglądały kiedyś? Czy bardzo różniły się od naszych? Jakie potrawy jadano, jak przygotowywano się do Świąt? Jakie prezenty dostawano? Dzisiaj zabieram Was w podróż do Ziemiańskiego Dworu gdzie spróbujemy odpowiedzieć sobie na te pytania.

Musimy zacząć od tego, że dawniej były białe święta. Zimy były srogie i na brak śniegu nikt nie narzekał. Zupełnie odmiennie niż dzisiaj. Śnieg był wręcz bardzo potrzebny do podróżowania. Dzięki niemu było to w końcu możliwe po błotnej i deszczowej jesieni, która nieraz odcinała Dwory od reszty świata. Dopiero śnieg i stwardniała ziemia sprzyjała podróżom i odwiedzinom. Można było w końcu wybrać się po sprawunki,  do teatru, przyjmować gości i samemu jeździć  z wizytą. Przed Świętami wszyscy zjeżdżali do swoich rodzinnych dworów. Młodzież miała przerwę świąteczną, dorosłe dzieci przyjeżdżały ze swoimi małymi pociechami. Zjeżdżała się rodzina z miasta a nawet z zagranicy.


                        PRZYGOTOWANIA

Przygotowanie do świąt Bożego Narodzenia rozpoczynały się z początkiem adwentu i trwały cztery tygodnie. Oczywiście w tym czasie nie urządzano żadnych balów, wesel, nie słuchano skocznej muzyki. Zamiast tego uczestniczono w  roratach, głównie kobiety i dzieci, które były odprawiane tuż przed wschodem słońca. Mimo że często  trzeba było wstać już o piątej rano żeby pokonać drogę do Kościoła, to dzieci uważały nabożeństwa za przyjemność.  Po roratach wracano pędem do domu, żeby zjeść śniadanie i wypić coś gorącego.

Dzieci również miały przedświąteczne zadanie – przygotowanie ozdób choinkowych. Większość trzeba było wykonać własnoręcznie bo w mieście można było dostać tylko bombki i anielskie włosie. Był również kupowany i używany biały proszek aby posypać gałęzie choinki.  Długie wieczory dzieci spędzały wraz z rodziną na wspólnym tworzeniu. A co robiono? Łańcuchy z kolorowych bibułek i słomek, szyszki i włoskie orzechy malowano, nawet skorupki jaj miały swoje wykorzystanie i dzięki nim powstawały na przykład aniołki. Ozdoby wycinano też z papieru. Dawna choinka miała też wyjątkowy smak bo obwieszały ją różnego rodzaju smakołyki. Pierniczki, ciasteczka, jabłka, figi, marcepan, cukierki  w błyszczących papierkach. Takie cukierki pamiętam jeszcze za dzieciństwa jak jeździliśmy na Wigilię do mojej cioci. A słomkowe łańcuchy, anielskie włosie były u mojej babci i dziadka jak byłam oczywiście małą dziewczynką. Ciekawostką są ozdoby wykonywane z opłatków z którego wycinano różne świąteczne kształty a potem tworzono przestrzenne kompozycje. Jak wiecie opłatki bardzo łatwo się kleją.  Warto dodać, że kiedy polska odzyskała w końcu swoją upragnioną niepodległość w 1918 roku to nawoływano do używania tylko polskich produktów i kultywowania polskiej tradycji.

Maria Dąbrowska, która zamieszkiwała dworek w Russowie wspomina jak opłatki trafiały już do nich w połowie grudnia i przynosił je w wielkim koszu organista z kościoła. Opłatki były w paczkach dla rodziny i dla służby . Nie mogło zabraknąć też barwionych opłatków głownie dla dzieci z których robiono później choinkowe wycinanki. Dzieciaki również uwielbiały przy okazji objadać się opłatkami, które przypalały nad lampą naftową. Ponoć tak smakowały najlepiej według Dąbrowskiej. Może spróbuje nad świeczką w tym roku i się przekonam ;-D A dworek Dąbrowskiej odwiedziłam kilka lat temu. Możecie zobaczyć klikając TU


              ŚWIĄTECZNA CHOINKA

Choinka pojawiała się we dworze dzień przed Wigilią albo nawet  w samą wigilię. Musiała być duża i stawiano ją w jadalni bądź salonie. Świeczki zapalano raz albo dwa bo nikt nie chciał aby spłonęła razem jeszcze z prezentami. Sztuczne ognie odpalano w  wigilijny wieczór. Pod choinką musiała również stanąć szopka z figurkami a w Wigilię pojawiały się tak długo wyczekiwane prezenty.


                                                            PREZENTY, CZYLI  ZIEMIAŃSKI PREZENTOWNIK

Przygotowywanie prezentów również zaczynało się dużo wcześniej, bo obdarować należało oprócz domowników, służbę i ich dzieci a także pracowników folwarków i ich rodzin. Żeby temu wszystkiemu podołać sporządzano szczegółowe listy wszystkich osób i dzieci. Szyte były dla nich ubrania, dla niemowląt czepki włóczkowe. Potem wszystko pakowano i rozwożono. Służba domowa i stajenna dostawała worek z bakaliami i prezent indywidualny. Trochę podobnie jak u nas dostawano coś z ubrania. Kobiety na przykład materiał na nowa suknię bądź bluzkę, lub zawsze potrzebne  pończochy. Panowie za to koszule, skarpetki, rękawiczki i tego typu rzeczy zawsze przydatne chyba każdemu.

Nie możemy oczywiście zapomnieć o dzieciach i prezentach dla nich które w zależności od regionu przynosił Św. Mikołaj, Gwiazdor bądź Aniołek. No i co znajdowały pod choinką? Lalki i domki dla lalek z całym wyposażeniem drewnianych mebelków, konie na biegunach, misie, klocki, drewniane bębenki, dla chłopców kolejkę z wagonikami i lokomotywą parową a także samochodziki. Bardzo popularnym prezentem dla dzieci jak ich dorosłych  były książki. Dostawali je również służba i dzieci z folwarku. Przyznam Wam, że nie wyobrażam sobie świąt bez książki. Przynajmniej jedna musi się znaleźć pod choinką. Kiedyś z moim przyjacielem mieliśmy taką właśnie tradycję, że wysyłaliśmy sobie książkę pod choinkę.  Pochodzimy z różnych miast więc książki dostarczała poczta. Znaliśmy się na tyle dobrze, że nie było pomyłki i zawsze dla mnie to były wartościowe pozycje, które do tej pory mają szczególne miejsce w moim domu. Są zebrane razem w jednym miejscu. Ta tradycja niestety upadła wraz z końcem przyjaźni więc teraz sama sprawiam sobie co najmniej jedną. W tym roku już są zamowione. Wracając jednak do naszego Dworu, zajrzyjmy teraz do kuchni……..


                                                                POTRAWY ŚWIĄTECZNE WE DWORZE

Przygotowanie potraw również zaczynało się z początkiem grudnia. Najpierw, tradycyjnie świniobicie i obróbka. Gotowano mięso, przygotowywano wędliny, kiełbasy, pasztety, wędzono baranie, wołowe i wieprzowe szynki. Ponoć przysmakiem były marynowane ozory. Niektóre ciasta również trzeba było robić wcześniej. Na przykład pierniki i ciasteczka choinkowe. Kiedy tylko zabierano się pieczenie słodkości dzieciaki wpadały do kuchni oblizywać resztki czekolady, lukru i innych słodkości. Kto też lubi wkładać w palucha w takie rzeczy? Ja na pewno. ;-D Kucharkę bądź co lepiej jak było stać kucharza zatrudniano w każdym dworze choćby nie wiem jak miało to obciążyć budżet. A największy prestiż nadawał Dworu kuchasz francuski bądź taki, który francuską sztukę gotowania miał opanowane. W dużych dworach z licznymi gośćmi czasem trzeba było zatrudnić dodatkowego bądź dwóch. Na postną wigilię przygotowywano  oczywiście ryby kupowane w wigilijny poranek. Kiedy byłe ostre mrozy zatrudniano profesjonalnych rybaków. Ryby podawano na wiele sposobów: smażone, pieczone, gotowane, w galarecie. „Szczupak po żydowsku lub w szarym sosie oraz karp w szarym sosie należały do świątecznej klasyki.” A co to był ten szary sos? Zasmażka z mąki i masła oraz wywaru, przyprawione winem, sokiem z cytryny, karmelem, migdałami, rodzynkami a  na koniec zagęszczano utartym piernikiem. Na deser oczywiście ciasta: obowiązkowo piernik na miodzie i makowiec. Nie można zapomnieć oczywiście o bakaliach – rodzynki, figi, daktyle, orzechy no i zagraniczne pomarańcze z mandarynkami.


                                                                                    BOŻE NARODZENIE

 Jak tylko minęła północ, kończył się post. Często po powrocie z pasterki już próbowano mięsnych specjałów. Śniedanie  Bożonarodzeniowe było obfite i często przeciągało się w czasie. Przed objadem serwowano zakąski np. homar, śledziki, sardynki, kawior. Menu obiadowe było mięsne: kiełbasy, kaszanki, bulion z mięsnymi pasztecikami. Pieczeń,  indyk z kasztanami, jarzyna i lody. Po obiedzie w salonie pito herbatę, kawę, raczono się bakaliami i owocami cytrusowymi. Wieczorem kolacja z dwóch dań: mięsna i słodka. Dzień upływał nie tylko na jedzeniu. W południe jechano na Sumę a po południu na Nieszpory Bożego Narodzenia. Dopiero następnego dnia rozpoczynały się wizyty, zabawy i kuligi nazywane „szlichtadami”. Dwory odwiedzali też Kolędnicy: Gwiazdorzy i przebierańcy w wigilię a Herody w pierwszy dzień świąt. Całe świętowanie trwało do Trzech Króli, później rozbierano choinkę a życie wracało do powszedniego porządku.


Mam nadzieję, że podobała  się Wam świąteczna  wędrówka w przeszłość. Tekst by nie powstał, gdyby nie cudowna książka Maji Łozińskiej „ W Ziemiańskim Dworze”. Chciałabym móc przeżyć takie święta ale wehikułu czasu jeszcze nie odkryłam. Kiedyś celebrowano i czekano na święta. Tylko wtedy jadano takie smakołyki a wszystko było „wyczekane” Nie miało się tego na co dzień a jakość jedzenia też była inna. Teraz kiedy półki się uginają i można mieć co się chce, nie sprawia to takich wyjątkowych emocji. Dzieci rozpieszczone masą  zabawek nie doceniają i nie szanują tak prezentów. Czasy się zmieniają, wszystko i wszyscy pędzą. Warto się zatrzymać w tym świątecznym okresie i podziękować za to co mamy. Wdzięczność jest bardzo ważna…

Buziaki,

Wasza Jo

 


Amerykańska klasyka świąteczna - Moje ulubione filmy, które wprowadzają mnie w świąteczny nastrój .

Amerykańska klasyka świąteczna - Moje ulubione filmy, które wprowadzają mnie w świąteczny nastrój .

IT'S A WONDERFUL LIFE

"It's a Wonderful Life" to kwintesencja amerykańskiej klasyki świątecznej. Amerykanie nie wyobrażają sobie świąt bez tego filmu tak jak my bez Kevina. Piękna historia o człowieku, dla którego los ciągle okazywał się przekorny a swoje marzenia zawsze musiał odkładać na "inny czas". George Baily w kórego wciela się jeden z moich ukochanych aktorów czyli James Stewart popada w nie lada kłopoty. Dochodzi do wniosku, że świat byłby lepszy bez niego i kiedy zrezygnowany i załamany chce wykonać ostatni krok ratuje go Anioł Stróż o imieniu Clarence. Razem z nim poznajemy całą historię Georga od jego dzieciństwa aż do teraz a Clarence ukazuje mu jak wyglądałby świat bez niego. Piękny i wzruszający film, który pokazuje, że nie wolno się poddawać i zawsze można znaleźć wyjście z najgorszej sytuacji, szczególnie gdy ma się przyjaciół.

"Remember, George: no man is a failure who has friends"- Clarence

Ciekawostka: W dwóch częściach Kevina rodzina ogląda właśnie ten film. Raz we Francji na dodatek z francuskim dubbingiem, drugi raz na Florydzie. Zauważcie przy oglądaniu Kevina w te święta.



TU MOŻNA OBEJRZEĆ https://vimeo.com/280022699

THE SHOP AROUND THE CORNER


"Shop around the Corner" to kolejny film z udziałem Jamesa Stewarta. Uwielbiam ten film. Pamiętam jak oglądałam go pierwszy raz i jak zaskoczona byłam kiedy zauważylam pewne podobieństwa do filmu "Masz wiadomość". Okazało się, że film "You've got mail" to remake. 

Nasza glówna bohaterka Klara szuka pracy i trafia do sklepiku o nazwie "Shop around the corner. Tam poznaje subiekta Alfreda (James Stewart). Na początku para za sobą nie przepada. Lubią sobie wręcz dogryzać. Oboje prowadzą korespondencyjną znajomość z "innymi" osobami, którymi są zafascynowani. Na dodatek  szef sklepu Pan Matuszek odkrywa, że żona go zdradza. Zbliżają się święta a Alfred traci pracę. 

Zabawna, romantyczna opowieść ze świętami w tle. 

Favourite Quote:

Alfred Kralik: There might be a lot we don't know about each other. You know, people seldom go to the trouble of scratching the surface of things to find the inner truth.

Klara Novak: Well I really wouldn't care to scratch your surface, Mr. Kralik, because I know exactly what I'd find. Instead of a heart, a hand-bag. Instead of a soul, a suitcase. And instead of an intellect, a cigarette lighter... which doesn't work.

 TU MOŻNA OBEJRZEĆ https://ok.ru/video/43381688898

CHRISTMAS IN CONNECTICUT


"Christmas in Connecticut" to wspaniała komedia romantyczna  cała w świątecznym klimacie. Barbara Stanwyck urzeka swoją grą aktorską. Znajdziemy tu wszytsko co potrzeba aby wprawić się w świąteczny nastrój.

Elizabeth Lane to singielka mieszkająca w Nowym Yorku, która prowadzi rubrykę kulinarną w jednym  z nowojorskich magazynów. Przedstawia siebie jako typową gospodynię domową z kochającym mężem, dzieckiem i przepiękną farmą w Connecticut. Kobiety w całym kraju ją uwielbiają. Jednak prawda jest całkowicie odwrotna.  Na dodatek Elizabeth nie potrafi gotować a wszystkie przepisy jakie zamieszcza są od jej wujka- profesjonalnego kucharza. 


Kiedy szef prosi ją aby przygotowała świąteczny obiad dla wracającego z wojny żołnierza, jej wielkiego fana na dodatek, zaczyna się nie lada komedia. Elizabeth musi znaleźć odpowiednią farmę, męża i dziecko aby prawda nie wyszła na jaw. Zabiera ze sobą oczywiście wujka bo kto będzie gotował.... ;-)

Quote: 

Alexander Yardley: "Good morning; Merry Christmas. I hope I'm in time to see you flip the flapjacks."



TU MOŻNA OBEJRZEĆ: https://ok.ru/video/268185504419

REMEMBER THE NIGHT


"Remember the Night" to kolejny film z udziałem Barbary Stanwyck jaki Wam polecam. Tym razem główna bohaterka Lee Leander kradnie bransoletkę i jest postawiona przed sądem. Prokurator  Jack stara się  przesunąć rozprawę z okazji zbliżających się świat. 

Jack postanawia odwieźć Lee do jej rodziny na święta, jednak jej matka. która powtórnie wyszła za mąż nie chce mieć kontaktu z córką. Jack zaprasza więc Lee do swojej rodziny, gdzie zostaje bardzo ciepło przyjęta przez wszystkich. Jak wiadomo jest to komedia romantyczna więc nie trudno się domyślić, że Lee i Jack przypadną sobie do gustu. Scena rozpakowywania prezentów wzruszjąca kiedy Lee dostaje prezenty, szczególnie perfumy przeznaczone początkowo dla mamy Jacka.

Quote:  Lee " One of these days one of you boys is going to start one of these scenes differently and one of us girls is going to drop dead from surprise."


 

HOLIDAY AFFAIR

Jedna kobieta, na dodatek wdowa z synkiem i dwóch mężczyzn. Chyba nie muszę dodawać, że to komedia romentyczna osadzona w okresie świąt. Zwykłe kupno zabawkowego pociągu doprowadziło do poznania męźczyzny, który stracił później pracę a krawat dany w prezencie doprowadził do kolejnych kłopotów.  Jak skończy się ta historia i który kawaler zdobędzie bohaterkę??? ;-)

Quote: “The way I figure it when a man's in love with a girl, He's got a right to ask her to marry him. Any girl, Anybody's girl”






THE BISHOP'S WIFE


The Bishop's Wife" kolejny przepiękny film z przesłaniem, że nie zawsze to czego pragniemy jest tym czego potrzebujemy. Cary Grant w roki Anioła Dudleya i piękna Loretta Young jako żona biskupa Julia.

Biskup  Henry Brougham obsesyjnie potrzebuje pieniędzy na budowę katedry. Modli się o  duchowe przewodnictwo. Z pomocą przychodzi mu Anioł Dudley. Jednak Dudley ma inny pomysł jak pomóc biskupowi. Przy okazji pomaga jeszcze kilku osobom w tym Julii do której zaczyna coś czuć. Nie jest to typowa komedia romantyczna, ale posiada w sobie humor, nieodparty  urok Carego Granta i wzruszające przesłanie na święta. 

QUOTES:

1. Dudley: Sometimes angels rush in where fools fear to tread.

2. Henry Brougham: Are you expecting a letter?

Dudley: Well, you never know. If I did get one, the stamp would certainly be worth saving.

3.Prof. Wutheridge: God bless you!

Dudley: Thank you! I'll pass that recommendation along.





TU MOŻNA OBEJRZEĆ https://www.dailymotion.com/video/x2chnjx

Jeśli kochacie klasykę tak jak ja to mam nadzieję, że mój wybór przypadnie Wam do gustu. Życzę Wam miłego seansu. Dajcie znać, który najbardziej się Wam spodobał.

Buziaki

Wasza Jo

Winnica Leonarda w Mediolanie

Winnica Leonarda w Mediolanie


O muzeum Leonarda da Vinci dowiedziałam się przypadkiem dzięki aplikacji Google Trips i było to jedno z fajniejszych  jak nie najfajniejszych dla mnie miejsc w Mediolanie. Większość turystów stała w kolejce  przed katedrą na placu Duomo i topniała w słońcu a my spacerowałyśmy sobie po pustym i przytulnym domu nalężącym kiedyś do księcia Mediolanu - Ludovico Sforzy.

To tutaj zatrzymał się Leonardo da Vinci podczas malowania ostatniej wieczerzy w reflektarzu klasztoru Santa Maria della Grazie.
Klasztor znajduje się po drugiej stronie ulicy, więc Leonardo daleko do pracy nie miał. A po twórczym malowaniu przyjemnie było sobie wrócić do tak przytulnego zakątka. Tylko pozazdrościć.

Mało tego w prezencie od księcia dostał winnice, gdzie uprawiał białe winogrona o nazwie malvasia di candia aromatica. Była to popularna odmiana w tym regionie w okresie  renesansu. Leonardo był bardzo przywiązany do swojej winnicy, szczególnie, że winiarstwo miał we krwi po swoich przodkach. Po śmierci przekazał ją swoim dwóm najwierniejszym służących.

Zwiedzanie wraz z audio guide kosztuje 10 euro, a wstęp jest co pół godziny. Nie żałuję tych dziesięciu euro bo miejsce i jego historia są warte. Mało tego zero tłumów, my byłyśmy same, nikt za nami z obsługi nie chodził. Mogłyśmy na spokojnie robić zdjęcia i nakręciłyśmy nawet wideo.









Sister Trip to Milan, Italy

Sister Trip to Milan, Italy


Mediolan, miasto mody, shoppingu, ekskluzywnych marek i.......no właśnie. Razem z siostrą postanowiłyśmy sprawdzić co może nam zaoferować Mediolan. Nasza wyprawa rozpoczęła się późnym wieczorem bo zanim dotarłyśmy na miejsce było koło 23. Pierwszą rzeczą jaką poznałyśmy było mediolańskie metro. Nasze małe mieszkanko, gdzie przywitał nas Francesco, znajdowało się niedaleko centrum. Co prawda mieściło się w starej kamienicy na szóstym piętrze bez windy, ale miało wszystko co było nam potrzebne. Airbnb poraz kolejny sprawdził się wyjątkowo dobrze.

Pierwsze wrażenia.....

Następnego dnia wyruszyłyśmy do serca Mediolanu czyli Piazza del Duomo, gdzie mieści się najsłynniejsza katedra Narodzenia NMP. Zdjęcie przed katedrą to pozycja obowiązkowa i pełno takich zdjęć z katedrą w tle na instagramie się znajdzie. Chyba się wyłamię i na insta nie wstawię :-) Na placu nie mogło zabraknąć oczywiście stałych mieszkańców czyli gołębi. Ale zanim obsiądą nam ręce najpierw dopadną nas drudzy równie liczni okupujący ten plac hmmm..... jak ich nazwać "Panowie wątpliwego pochodzenia", którzy najpierw Ci wcisną ziarno zanim zdołasz powiedzeć  włoskie"No!" Potem będą chcieli ci zrobić fotkę za którą nie wiem ile sobie nawet życzyli, a na końcu jak im uzmysłowisz, że właśnie zrobiłaś zdjęcia telefonem, to zażądają za to ziarno co ci wepchnęli "some coins". Co do Katedry to najpierw oczywiście trzeba kupić "ticket". Mamy tu do wyboru 3 euro za wejscie do katedry i "Wsio". Druga opcja bardziej złożona z wejściem na górę zobaczyć sobie widoczki ok 12. No i trzeba mieć zakryte ramiona i długość do kolan i tu drogie Panie żadnych miniówek i shortów.  Jak się tak nie wystroiłaś to możesz za kolejne 3 euro kupić płachtę co te wymogi spełnia. Bilety do katedry - kolejka, wejście do katedry - jeszcze większa kolejka bo ci rewizję robią zanim wkroczysz w to uświęcone miejsce. My kupiłyśmy bilety a że są ważne 3 dni to wróciłyśmy tu następnego dnia. Byłyśmy dokładnie 15 po 8 rano i alleluja żadnej kolejki. Cisza i spokój. Wróćmy jednak do poprzedniego dnia.
 Po krótkiej sesji z "pigeonami" zaczęłyśmy się kierować w stronę  Castello Sforzesco. Dzień był bardzo gorący więc rozglądałam się za włoskimi "gelatto". No przecież oni również z tego słyną. A tu idziemy, idziemy i nic. W końcu, kiedy myślałam, że już zwątpię w istnienie jakiejkolwiek gelaterri w mieście, ukazała się jakaś cukiernia. Wzięłyśmy sobie po 2 kulki bo u nich tak się bardziej opłaca i cóż......W Krakowie jak ostatnio byłam jadłam o wiele lepsze, ale ważne, że zimne. Usiadłyśmy sobie zjeść w spokoju, a że żadnej ławki w koło nie było, zjadłyśmy więc na przystanku autobusowym.

Trochę historii......

Po krótkim spacerku, oczywiście z google maps bo to najplepszy nawigator, dotarłyśmy przed zamek Sforzów. Początkowo była to twierdza zbudowana przez ówczesnego władcę Galeazza II Viscontiego w latach 1358-70. Później kolejni jego właściciele stopniowo go powiększali i ulepszali.  W 1447r. zamek został częściowo spalony, ale minęły trzy lata i już następny władca Mediolanu Francesco Sforza i jego syn Ludwik odbudowali go czyniąc z niego renesansowy dwór na który sprowadzili samego Leonarda da Vinci. Jednak  jak nastała tu władza hiszpańska a później austriacka zamek przekształcono w koszary a potem to już w ogóle popadł w ruinę.  Była nawet szansa na jego rozbiórkę i wtedy ślad by po nim zaginął. Jednak architekt Luca Beltrami podjął się restauracji budowli. Teraz jest tu muzeum miejskie. Wstęp 5 euro. Zamek w środku to tylko pomieszczenia wypełnione eksponatami. Nie ma tam niezwykłych zdobień, mebli ani nic z tych rzeczy. W każdym pomieszczeniu jest wystawa tematyczna a zbiory są różnorodne od sztuki antycznej, po meble, zbroje instrumenty muzyczne, porcelana itp, to chyba w każdym muzeum się znajdzie. Jeśli ktoś lubi oglądać tylko i wyłącznie eksponaty to warto, my miałyśmy jednak mieszane uczucia po zakończeniu zwiedzania.
Później przyszła kolej na spacer po najsłynniejszym parku w Mediolanie zwanym  Sempione. Jego historia sięga rodziny Viscontich, którzy założyli tu najpierw ogród a później Sforzowie powiększyli go tworząc dodatkowo tereny łowieckie. Większość alejek nazwana jest na cześć wybitnych postaci literatury, więc nasz Adaś Mickiewicz też się tu znalazł.

W stronę  shoppingu.......

Z parku zaczęłyśmy kierować się z powrotem w stronę Piazza del Duomo. Tym razem szłyśmy przez elegancki deptak handlowy Via Dante, który stanowił swoiste wprowadzenie do kolejnego punktu naszej wycieczki czyli najsłynniejszego budynku Lombardii zaraz po katedrze - Galerii Wiktora Emanuella II. Budowę galerii rozpoczęto w 1865 roku. Pracami kierował Giuseppe Mengoni. Uroczyste otwarcie nastąpiło dwa lata później a gościem honorowym był król Wiktor Emanulle II, którego imię nadano budynkowi. Jeżeli nie stać cię na torebkę od Prady, pasek od Gucciego z literkami CG co to króluje u instagramowych fashionistek to się nie martw. Zaraz obok masz Zarę, H&M, Stradivariusa i inne sieciówki, które trendami nie odbiegają od tych "markowych". Dla mnie metki nigdy nie miały znaczenia dlatego wcale nie płaczę, że nie kupię sobie "Dolce" i "Chanela"

W stronę jedzenia......

Zwieńczeniem naszej całodniowej wędrówki miała być włoska kolacja. Raj dla podniebienia dla osób, które uwielbiają włoską kuchnię. No i gdzie te knajpy....??? Nie mówię o tych kilku w okolicy Duomo gdzie Ci krzykną koperto 3 euro. Gdzie te swojskie trattorie? Wpisałyśmy w googlach i owszem doprowadził nas do dwóch, które były zamnknięte. Potem szłyśmy i szłyśmy i.......... nic. Myślę sobie "Boże gdzie oni tu jedzą?" Zaczynałyśmy wpadać w lekką irytację, która z każdym krokiem przybierała na sile. Po długim szukaniu pojawiło się światełko w tunelu. Nieśmiało wyłoniły się  jakieś pizzerie przy Corso di Porta Ticinese. Ponieważ trzecia opcja wybrana przez Googla była zamknięta weszłyśmy już do pierwszej lepszej, a była to Rossopomodoro Milano. Koperto nie było, ale servizio tak. Zamówiłyśmy najprostsze Spaghetti al pomodorro. Jakoś uszło, przyznaję, że makaron ugotowali idealnie tylko ten sos to jakieś rozmiażdżone i podgotowane pomidory. Aromatu ziół nie wyczułam, dali jednak parmezan to sobie sowicie posypałam. Później dobiłyśmy jeszcze Margeritą na wynos, która nas wcale nie zaskoczyla. Podejrzewałyśmy, że włoska pizza we Włoszech okaże się kolejnym rozczarowaniem.

Komunikacja

Wracając  w stronę  metra do domu, podjechałyśmy tramwajem i przyznaję, że na gapę. Po całym dniu miałyśmy to gdzieś. Dopiero na drugi dzień obczaiłyśmy, że najlepsze są bilety dobowe za 4,50 euro. Można dowoli jeździć wszystkim. Jak się kupi za 1.5 euro to ma się 90 minut na przejazdy w tym tylko raz metrem. Reszta autobusem i tramwajem.  My głównie metrem się posługiwałyśmy więc bilet dobowy był najbardziej opłacalny.


Sorella Magdalena






Mam na sobie sukienkę polskiej marki Mohito, torebkę Orsay za całe 55zł i sandałki Kazar, które nie jedną podróż już przeszły i czuję się najbardziej Fashionabnle Woman in the Gallery :-)





Pałac w Małej Wsi czyli ukochane miejsce Klementyny

Pałac w Małej Wsi czyli ukochane miejsce Klementyny

Fashionable Trips blog, Jo Stockton, fashion, dress,

"Moja najukochańsza Żonko, moja Pani, moja Dobrodziejko, właśnie od obiadu wstałem dnia dziesiejszego, gdy mi w sali oddano list twój przez umyślnego przysłany, był to dla mnie moment najwyższego ukontentowania, moment szczęśliwy."
                                                                                     z listu Walickiego do Klementyny



Jak ja uwielbiam wędrówki w czasie. Tym razem nie było to zwykłe zwiedzanie pałacyku. Tym razem to było spotkanie niesamowityh ludzi, którzy przybliżyli nam czasy króla Stanisława Augusta w pałacyku w Małej Wsi.

Członkowie z Towarzystwa Stanisławowskiego w pięknych strojach z epoki przenieśli nas w tamten okres. Był pokaz fryzur i makijażu, pogadanka na temat perfum i kosmetyków, które używały ówczesne damy i nietylko. Niestety w swojej garderobie nie posiadam takich sukien i wyglądałam bardziej jak bym urwała się z czasów Jane Austen (którą  uwielbiam) niż  z czasów Augusta, jednak miło było spacerować po wnętrzach pałacu w takim towarzystwie.
Nie mogę oczywiście nie wspomnieć o historii tego miejsca i wyjątkowej mieszkance Klementynie Kozietulskiej Walickiej, która w wieku osiemnastu lat w 1798 roku wyszła za dziedzica Małej Wsi - Józefa Walickego i razem zamieszkali w klasycystycznym pałacu- jednej z najpiękniejszych rezydencji na Mazowszu.

Rodzina Walickich herbu Łada wywodziła się z Mazowsza. Jedną z najwybitniejszych postaci był teść Klementyny,  wojewoda rawski - Bazyli Walicki. Była to postać nietuzinkowa. Doskonały gospodarz i inwestor. Potrafił doskonale inwestować i zawierać korzystne kontrakty co przyczyniło się do zgromadzenia pokaźnego majątku. Angażował się również w działalność publiczną. Sam król  Stanisław August docenił Walickiego jako człowieka pracowitego i pierwszorzędnego fachowca. Król wracając z Kaniowa odwiedził Walickiego w pałacu w Małej Wsi w lipcu 1787 roku. Było to ogromne wydarzenie a sam Walicki przyjął monarchę iście w królewskim stylu. Przez trzy dni pobytu króla były zabawy, uczty, festyny i przemówienia. Na pamiątkę tego wydarzenia został tu teraz zorganizowany piknik z członkami Towarzystwa Stanisławskiego.

Wróćmy trochę do naszej Klementyny. Szybko zyskała miłość swojej nowej rodziny. Miała niezywklą urodę i nieodparty wdzięk. Teść był zachwycony swoją nową synową a mąż bardzo zakochany. Należało to w tamtych czasach do rzadkości.
Ich związek podobnie jak Marysieńki i Sobieskiego był bardzo romantyczny. Pomimo znacznej różnicy wieku połączyło ich prawdziwe uczucie a także przywiązanie i wzajemne zrozumienie. Walicki w swoich listach niejednokrotnie pisał, że jego żona jest dla niego prawdziwym przyjacielem. Przeżyli razem dziewięć lat. W trakcie małżeństwa urodziło im się  czworo dzieci. Po śmierci męża Klementyna musiała zmierzyć się z nową rzeczywistością. Była jednak kobietą zaradną, która dzielnie stawiła czoła trudnym czasom. Walicki zostawił mnóstwo niezałatwionych spraw, były do uregulowania podatki, liczne wypłaty, nie wspominając o rekwizycjach na rzecz wojska. Dwudziestoośmioletnia Klementyna nie miało łatwo.

Pierwsze miesiące po śmierci męża były ciężkie. Klementyna chorowała i wyjechała z tego powodu ratować zdrowie.  Zrezygnowała też z życia towarzyskiego. Dopiero jak wydobrzała wróciła do bywania na salonach Księstwa Warszawskiego. Co jeszcze porabiała  nasza starościna mszczonowska? Oprócz zajmowaniem się całym majątkiem i sprawami z nimi związanymi, znalazł się również czas na codzienne drobiazgi i przyjemność takie jak moda (tu niczym współczesne kobiety nie różnią sie od tych z dawnych czasów) sprawunki, rysunek, wyszywanie i pisanie listów. Uwielbiała też czytać. Miała ogromną bibliotekę książek a także prenumerowała codzienną prasę i kolorowe magazyny.

Modowym guru w tamtym okresie była cesarzowa Józefina, małżonka Napoleona. Miała ona ogromną kolekcję sukien i butów. Wprowadziła ona również modę na noszenie szala. Wykonany z kaszmiru stanowił atrybut ówczesnych elegantek a także był wyznacznikiem statusu majątkowego damy. Szal był niezastąpiony. Noszono go praktycznie wszędzie. Nasza Klementyna została właśnie w takim szalu sportretowana przez mistrza Grassiego.  Bywanie na balach w obecności Napoleona równało się z obowiązkiem zakupienia odpowiedniego stroju. I to stanowiło niemałą przyjemność.  Trendy modowe tamtych czasów kazały ścinać lub luźno upinać włosy i nosić zwiewne suknie podkreślające figurę. Dominował kolor biały.

Klementyna doświadczyła wielu tragicznych start. Rok po śmierci męża straciła pięcioletniego synka Antosia a dwa lata później zmarła najstarsza córka Marysia. W 1821 roku odszedł jej ukochany brat Jan Kozietulski, szwoleżer, który zapisał się na kartach historii jako niesamowity żołnierz.  Minęło trochę czasu zanim Klementyna wyszła ponownie za mąż. Tym razem jej wybrankiem był kasztelan Piotr Wichliński. Jego zainteresowanie trwało kilka lat zanim doszło do zawarcia małżeństwa 29 listopada 1827 roku w  Małej Wsi. Piotr wspierał swoją żonę  najlepiej jak potrafił, w końcu sama Klementyna coraz bardziej przekonała się do niego. "Nie mogę mu nie być obowiązana za tyle troskliwości(...) Ma on prawdziwie rzadką duszę i serce i umie być przyjacielem."
Wichliński dbał o dobre relacje rodzinne a dzieci Klementyny traktował jak własne. Był świetnie obeznany w świecie, potrafił dobrze inwestować i gospodarować majątkiem.Przeżyli ze sobą 30 lat.


Wieku dorosłego dożyło dwoje dzieci Klementyny Józefa i Aleksander. Matka pokładała duże nadzieje w synu licząc, że obejmie on po jej śmierci majątek. Jednak nie zawsze to czego pragniemy staje się rzeczywistością.... Aleksander był chłopcem subtelnym i delikatnym i często chorował. Gdy wybuchło powstanie listopadowe  Aleksander postarał się o zgodę na pracę wolontariusza przy sztabie głównym naczelnego wodza. W powstaniu brał udział również mąż Józefy Stanisław Rzewuski. Oboje z Aleksandrem się przyjaźnili. Niestety w Krakowie, gdzie wtedy przebywali, panowała epidemia cholery. Oboje zachorowali. Aleksander zmarł  29 czerwca 1831 roku a Stanisław trzy dni później. Klementyna i Józefa były ponownie w żałobie. Obie wyjechały za granicę, aby uporać się ze stratą i cierpieniem. Tam nastąpiło spotkanie Józefy ze Zdzisławem Zamoyskim. Po trzyletniej żałobie Józefa wyszła za Zamoyskiego, który był wielkim przyjacielem jej pierwszego męża. Ślub odbył się we Florencji. Urodziły im się trzy córeczki: Zosia, Marysia, Wanda i synek Stanisław. Józefa większość czasu przebywała z mężem za granicą, głównie w Wiedniu. Obie panie przeżyły swoich mężów.
Klementyna do końca swoich dni przebywała w Małej Wsi odwiedzając też Warszawę.  Zmarła tuż przed świętami Bożego Narodzenia, 21 grudnia 1862 roku podczas pobytu w pałacu Błękitnym Zamoyskich w Warszawie.  Cały majątek zapisany został jedynej córce. Józefa odeszła 20 maja 1880 roku. Majątek w Małej Wsi przypadł wnuczce Klementyny - Marii. Wyszła ona za księcia Jana Lubomirskiego. Majątek aż do końca wojny znajdował się w rękach wnuczków księcia Lubomirskiego. Póżniej zostali wygnani. Po wielu latach kolejni potomkowie -  Morawskim udało się odzyskać pałac.

Klementyna była niezwykłą kobietą. Kochała przyrodę, założyła park w stytlu francuskim w majątku, często odwiedzała Łazienki i Ogród Botaniczny. Nie zapominała o potrzebujących niejednokrotnie wspierając  biednych. Pracowników w Małej Wsi traktowała jak rodzinę. Teraz my możemy podziwiać to urocze miejsce, patrzeć i przechadzać się po wnętrzach i ogrodzie jak czyniła to kiedyś Klementyna.

Źródło: "Portret Klementyny"Magdalena Jastrzębska. (niesamowita książka- polecam :-)

Towarzystwo Stanisławowskie, piknik w Małej Wsi



Fashionable Trips, Jo Stockton, fashion, Klementyna Walicka



Klementyna Walicka, Fashionable Trips blog



Towarzystwo Stanisławowskie, Fashionable Trips, Jo Stockton
Klementyna Walicka





Copyright © 2016 Fashionable Trips , Blogger