Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HISTORIA MOIM OKIEM. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HISTORIA MOIM OKIEM. Pokaż wszystkie posty
Jak wyglądała Polka  w okupacyjnej rzeczywistości?

Jak wyglądała Polka w okupacyjnej rzeczywistości?

Narodowe Archiwum Cyfrowe



 Zawsze zastanawiałam się jak kobiety radziły sobie w trakcie wojny. Jak wtedy wyglądała moda na ulicach okupowanej Warszawy. Oglądając polskie seriale typu Wojenne Dziewczyny czy Czas Honoru trochę za pięknie to mi wszystko wyglądało. Udało mi się znaleźć ciekawą książkę „Moda Kobieca w   Okupowanej Polsce” , która rozwiała trochę moje wątpliwości i ukazała że duch pięknych i eleganckich polek nie został złamany przez bezwzględnego okupanta.

Joanna Mruk, autorka wyżej wspomnianej książki najpierw proponuje zapoznać się z modą kobiecą przedwojenną aby potem zrozumieć wygląd kobiet w czasie okupacji. 

W TAKIM RAZIE JAK WYGLĄDAŁA PRZEDWOJENNA POLKA?

Narodowe Archiwum Cyfrowe. Moda międzywojenna.


Pod koniec lat 30-tych kobieca sylwetka zaczyna ulegać zmianom. Spódnice i sukienki ulegają skróceniu i nosi się je teraz tuż za kolano. Model kloszowy wchodzi do łask, do tego podkreślona talia paskiem i uwydatnione ramiona w formie bufek, rękawki  zdobione falbankami, peleryny i szerokie kołnierze. Taki model sylwetki utrzymywał się aż do 1947 roku. Co ciekawe nawet wtedy kobiety posiadały coś takiego jak wzór garderoby, teraz nazywana przez nas kapsułową.  Podręcznik „Sztuka Ubierania się” zamieścił taki spis aby każda kobieta wiedziała jak powinna wyglądać ich szafa.

Garderoba Kapsułowa u przedwojennej Polki

Bielizna, gorset, szlafrok, suknia domowa/domowy fartuch

Suknia sportowa/spacerowa: Letnia/zimowa

Suknia odświętna/wizytowa:Letnia/zimowa

Suknia wieczorowa/balowa

Płaszcz: Letni/zimowy

Bluzka

Kostium, czyli komplet spódnica z marynarką

Strój sportowy na który składały się: kąpielowy, tenisowy, narciarski, łyżwiarski, do jazdy konnej.

Kobiety w zależności od zamożności zaopatrywały się w Domach Mody, pracowniach krawieckich, bądź szyły same często korzystając z gotowych wykrojów zamieszczanych w czasopismach kobiecych. Najbardziej znany dom mody nazywał się Bogusław Herse ale został zamknięty w 1936 roku i jego miejsce zajął Dom Modelowy Boguchwał Myszkorowski gdzie najpiękniejsze jego kreacje można było oglądać w przedwojennych filmach i balach na które w tamtych czasach uczęszczano. A skoro już wspomniałam o balach to najbardziej  popularne w tamtym okresie to Bal Mody organizowany w hotelu Europejskim, przyjęcia dyplomatyczne na Zamku Królewskim, które organizował prezydent Mościcki bądź Józef Beck oraz bale karnawałowe. 

Narodowe Archiwum Cyfrowe. Polki w późnych latach 30-tych.


DODATKI

Jedna bardzo ważna zasada modowa, której należało przestrzegać to KAPELUSZ, POŃCZOCHY I RĘKAWICZKI. Bez tych trzech rzeczy nie należało wychodzić na ulicę. Kapelusze co i raz zmieniały swoją formę, kształty czy materiał. Zimą  były najczęściej filcowe a latem słomkowe.  Bardzo ważnym akcesorium do stroju był pasek podkreślający talię. Czasem z tego samego materiału co sukienka a czasem kontrastujący  wykonany ze skóry czy zamszu. Istotne były ozdobne  klamry na przykład z masy perłowej, skóry, metalu bądź rogu. Torebki były najczęściej skórzane, nieduże w prostokątnej formie z małym uchwytem.

Narodowe Archiwum Cyfrowe

NO I PRZYSZŁA WOJNA A  Z NIĄ UKUPACJA I BRAK WSZYSTKIEGO……..  

Można pomyśleć że brak, jedzenia, ogrzewania w zimie i śmierć czyhająca na każdym kroku jest ważniejsza niż jakieś ubrania. Jednak nie do końca…. Dostęp do odzieży czy obuwia praktycznie nie istniał. Nie wspominając o cenach które poszybowały w górę o 200%.  Zamożniejsze kobiety dochadzały w ubraniach które miały, sprzedawały również futra czy rzeczy z własnego domostwa żeby mów kupić najpotrzebniejsze rzeczy. Gorzej się miały kobiety z klasy robotniczej. W Warszawie pozamykano wszystkie domy mody. Powstał za to Studio Mody „Falbanka” której właścicielką byłą Zofia Hebda. Żadna przeciętna polka nie dokonywała tam  jednak zakupów. Klientami Falbanki były żony  niemieckich oficerów, aktoreczki z rewii, dorobkiewicze wojenni i ci wpisani na listę volksdolc . Prasa służyła tylko niemieckiej propagandzie, więc żadnego kobiecego czy modowego czasopisma nie było. Żeby móc dowiedzieć się co jest modne zostawała prasa gadzinowa. W  Kurierze Warszawskim można było znaleźć porady jak przerobić  stare ubrania i krótkie felietony o modzie. Funkcjonował również tygodnik ilustrowany „7 Dni” w którym było całkiem sporo wzmianek o modzie. Mimo że namawiano do bojkotowania prasy znajdującej się pod rządami niemieckimi to nie ma co się dziwić kobietom które pragnęły choć na chwilę zmienić temat i zapomnieć o trudach okupacyjnych.

Oswoiwszy się z ponurą okupacyjną rzeczywistością polki zaczęły myśleć i dbać o swój wizerunek zewnętrzny. Była to pewnego rodzaju forma oporu, milczący znak polek, że choćby nie wiem co się działo one zawsze będą kroczyć zadbane i dumne. Właśnie dbanie o urodę i garderobę podtrzymywało kobietę na duchu. Wygląd zaczął się zmieniać i kobiety starały się być dobrze ubrane jak i uczesane czy umalowane. Przytoczę tutaj cytat Hanny Zborowskiej   z książki Joanny Mruk: 

„Porządna warszawianka kroczyła ulicą dumnie, na żadnego Niemca nawet nie spojrzawszy. Warszawianki ubierały się tak, jak umiały i mogły najładniej. Biedna i skromna to była moda, ale moda! Były to fasony  specjalnie nie podyktowane przez Paryż czy Rzym ani żadne domy mody – moda okupacyjna dostosowana do warunków, tłoku  w tramwaju, rowerowej rykszy, siarczystego mrozu, ogólnego nastroju i potrzeb.

NO DOBRZE, ALE Z CZEGO SZYĆ UBRANIA, CZYM JE CEROWAĆ I NAPRAWIAĆ?

Jeśli chodzi o tkaniny do których polki były przyzwyczajone, teraz mogły tylko pomarzyć. Wysokogatunkowe materiały nie były możliwe do zakupu, poza oczywiście czarnym rynkiem. Trzeba było się zadowolić materiałami niskogatunkowymi z domieszkami; co ciekawe była to juta, konopie i papier. Dostępne były wiskozy (które w naszych czasach stanowią niemal luksus zaraz za jedwabiem o dziwoto!) W tamtych okresie czy jeszcze przed wojną wiskoza była uznawana za raczej tkaninę mało luksusową. Z wełną było bardzo słabo, albo się korzystało z własnych zasobów albo trzeba było kombinować bądź o niej zapomnieć. A to dlatego, że z wełny szyto niemieckie mundury dla wojska. Marzenie o jedwabnej bluzce mogło się czasem ziścić jeśli na czarnym rynku pojawił się na przykład materiał z niemieckiego spadochronu. 

Kobiety szyły, dziergały, haftowały, pruły, przekształcały skrawki z różnych sukienek aby uszyć nową. Pomysłowością trzeba był się wykazać. I polki dawały radę. Przerabiały też męskie ubrania, szczególnie te kobiety, które zostały same. Wtedy właśnie  kostiumy zyskały na popularności. 

CO NOSIŁY POLKI W TRAKCIE OKUPACJI

CO BYŁO NAJWIĘKSZYM UBRANOWYM PROBLEMEM I WYZWANIEM? BUTY!!!

Chyba nikt nie wyobraża sobie wyjść z domu bez butów. Oczywiście reperowanie butów i przefarbowywanie stało się normą. Zelówki skórzane zastępowano gumowymi choć i guma z czasem stała się trudnodostępna. Na jaki modowy pomysł wtedy wpadły producenci obuwia? A no „drewniaki”, czyli buty z drewnianą podeszwą. Cena takich butów była niska i nie obejmował ich system kartkowy. Pierwsze drewniane sandaletki „Diana” pojawiły się 1940 roku na słynnym Karcelaku.  Koturny weszły trochę w niełaskę, bo żadna kobieta nie chciała dźwigać ich na swoich stopach. Tak więc ozdabiane na wieloraki sposób drewniaki stały się hitem ulicy. Obecnie taka forma obuwia jest u nas dostępna i do tanich nie należy. Mam swoją ukochaną parę ręcznie robionych  sandałków szwedzkiej marki Swedish Hasbeens na bambusowej podeszwie. Była to chyba najdroższa para butów w mojej szafie. Niesamowicie wygodne. Wracając jednak do lat okupacyjnych, drugim popularnym rodzajem butów były sandałki robione ze słomy i na sznurkowych podeszwach. Olà nasze obecne espadryle.  Kolejnym pomysłem były koturny z korka jednak korek był o wiele bardziej trudny do zdobycia. Zakładano też tenisówki z białymi skarpetkami. Popularny „modowy” but z lat 40-tych wykonany ze skóry na mocnym obcasie, bądź koturnie z dziurką na duży palec z przodu był poza zasięgiem dla polki.

 W czasie zimy było jednak najgorzej. Nawet narciarskie buty były przez Niemców rekwirowane dla wojska. Kto by się w takich na ulicy pokazał mógł skończyć w areszcie. Przyszła więc moda na podhalańskie kapce z owczej skóry i wełenki. Jednak nie był to tani zakup, podobnie jak kalosze. Co wtedy robiono? Łatano ile się dało i zakładało na buty tzw. Ochraniacze. Robiono je z resztek materiałów, pończoch czy wełny. Był zakład który robił ochraniacze nawet z wełnianych kapeluszy. 

W Warszawie w tym czasie działały dwa zakłady szewski: Kielman i zakład Hiszpańskiego oraz sklep Baty, który jednak kiepsko prosperował z powodu reglamentacji skór.

Narodowe Archiwum Cyfrowe

A CO NA GŁOWĘ PRZYWDZIEJE POLKA?

Kapelusze nie były sprzedawane na kartki więc tzw. Sklepy Modniarskie jakoś funkcjonowały. Jednak nie każda kobieta mogła sobie pozwolić na zakup nowego. Sklepy te oferowały również naprawę, przeróbkę, dobór nowego fasonu. W tak ciężkich warunkach nie było narzucane jaki fason jest modny. Zakładano co się miało. Jednak  najczęściej na głowach polek gościł filcowy kapelusik w ciemnych kolorach z wymodelowanym do góry rondem, wstążką i szpilką. Nazywano je potocznie „wazonikami”. Latem noszone kapelusze wykonane ze słomy  zwane „canotier”. Często letnie kapelusze ozdabiano kwiatkami.

W tarkcie okupacji często rezygnowano z kapelusza co kiedyś było nie do pomyślenia aby tak wyjść na ulicę. Te kobiety, których nie było stać na kapelusz  nosiły praktyczne chusty, często wiązane nad czołem. Popularne stały się też turbany. Zimą modny stał się kaptur .Nie możemy oczywiście zapomnieć  o filcowych berecikach a nawet małych tzw. Piuskach – czyli małe, przylegające do głowy, okrągłe czapeczki.

Narodowe Archiwum Cyfrowe

A JA CHCĘ DODATKI….

Typowe dodatki sprzed wojny czyli Kapelusz, rękawiczki, modne trzewiki i dobrana  torebka stały się wspomnieniem przeszłości. Teraz damska torebka musiała być przede wszystkim pratyczna. Przewieszona na długim pasku, prostokątna tzw. Konduktorka  albo męska teczka. Oprócz tego wiklinowe lub plażowe koszyki z rafii. Często robiono sobie torebki z resztek materiałów – woreczki, bądź sobie je dziergano. Z rękawiczek albo rezygnowano z ciepłe dni, robiono na szydełku, filcu czy co akurat nadawało się na taki dodatek garderoby.

Biżuteria należała do rzadkości bo często była to pierwsza sprzedawana rzecz. Popularna stała się sztuczna biżuteria, broszki bądź naszyjniki z małych  sztucznych koralików.  Dekorację do ubrania stanowiły też sztuczne kwiatki. Noszono też patriotyczne ozdoby – zysk był przeznaczony na więźniów z Pawiaka. Kolejnym istotnym dodatkiem był pasek.

Pończochy też były towarem trudno dostępnym, kiedyś na ulicę bez pończoch wyjść nie można było. Ciężko je było cerować, więć latem często z nich rezygnowano zakładając białe skarperki. Nadchodziła modowa rewolucja w tym temacie.






ELEGANCKA POLKA TO PRZEDE WSZYTKIM CZYSTA I PACHNĄCA POLKA Z ŁADNĄ FRYZURĄ.

Nie łatwo było dbać o higienę. Szczególnie zimą. Jednak wszelakie trudy nie zwalniały Polek z niemycia się nawet jeśli woda zimna. Brak do podstawowych środków czystości jak mydło czy szampon stanowiły problem szczególnie jak okupant wprowadził ścisłą reglamentację tego towaru. Na rynku pojawiały się co i raz nowe higieniczne „wynalazki”  W gazetach pojawiały się zamienniki mydła, kosmetyczne porady na przykład maseczka z glinki zamiast mydła na twarz. W Warszawie istniał  istniały salony kosmetyczne ale tylko dla tych zamożniejszych klientek. Przed wojną najbardziej pożądane kosmetyki były te francuskie. Nasza rodzima marka Kamea starała się zaopatrzać Polki proszek mleczny do skóry. Magister farmacji Paździerski opracował puder „Halina”, odmładzający krem poziomkowy oraz podkład w kremie Biały Puch.

Te który nie mogły kupić kosmetyków czytały w gazetach porady z serii „domowe sposoby” – przecieranie twarzy mieszanką wody, miodu i mleka, albo smarowanie twarzy na noc smalcem. Również papka truskowa bądź ogórkowa miała służyć za maseczkę. Za antyperspirant służył puder kosmetyczny a mydła domowej roboty były wszelakie – siarkowe, miodowe, salicylowe. Makijaż nie był zbyt mile widziany tak samo pomalowane paznokcie. Jednak w latach 40-tych modowym trendem były podkreślone czerwienią usta i delikatny róż na policzkach. Cień dopasowany do koloru oczu, tusz czarny bądź granat i tylko górne rzęsy a do tego cienka linia brwi. Które było stać chodziły na manicure i pedicure. To samo się tyczyło perfum. Niektóre kobiety miały jakiś jeszcze zachowany zapach sprzed wojny, najczęściej francuski. Firma Kamea starała się też produkować wody kwiatowe. Ubranie, buty, dodatki, kosmetyki, wszystko było trudno zdobyć, więc całą uwagę Polki skupiały na tym co miały i nie potrzebowały kupować – swoje włosy. Fryzury były różnorodne i często misternie ułożone.  Podstawą były loki zaczesywane i układane różnie – w ruloniki z przodu bądź zwijane na druciku bądź wałku z tyłu.

Na tym zakończę moją modową podróż przez okupacyjne trudy. Pamiętam jak moja babcia opowiadała mi  jak jej mama bardzo dbała o to aby jej dzieci były schludne i czyste. Bycie samotną matką z piątką dzieci do łatwych zadań nie należało. Jednak z opowieści  babci wiem, że Niemcy często brali babcię za Niemkę. Kiedyś babcia wsiadła do niemieckiego wagonu tramwajowego. Jakiś Niemiec ją zawołał i posadził sobie na kolanach. Babcia znała po niemiecku tylko dwa słowa -  Tak  i Nie. Szybko Niemiec odkrył, że babcia to nie Niemka. Jednak wypuścił ją wolno i machnął żeby wyszła z tramwaju. Do tej pory słyszę jak babcia mówi:        „ Miałam niezwykłe szczęście do Niemców….”

Gdyby nie była ślicznym i zadbanym dzieckiem mogłaby takiego szczęścia nie mieć….

Tekst powstał dzięki książce Joanny Mruk „Moda Kobieca w Okupowanej Polsce” Polecam Wam poczytać, są zdjęcia i jeszcze wiele fajnych ciekawostek i historyjek…..

Buziaki,

Jo

 






Obchody Świąt Bożego Narodzenia w ziemiańskim dworze.

Obchody Świąt Bożego Narodzenia w ziemiańskim dworze.


 

Na pewno nie raz zadawaliście sobie pytania jak Święta Bożego Narodzenia wyglądały kiedyś? Czy bardzo różniły się od naszych? Jakie potrawy jadano, jak przygotowywano się do Świąt? Jakie prezenty dostawano? Dzisiaj zabieram Was w podróż do Ziemiańskiego Dworu gdzie spróbujemy odpowiedzieć sobie na te pytania.

Musimy zacząć od tego, że dawniej były białe święta. Zimy były srogie i na brak śniegu nikt nie narzekał. Zupełnie odmiennie niż dzisiaj. Śnieg był wręcz bardzo potrzebny do podróżowania. Dzięki niemu było to w końcu możliwe po błotnej i deszczowej jesieni, która nieraz odcinała Dwory od reszty świata. Dopiero śnieg i stwardniała ziemia sprzyjała podróżom i odwiedzinom. Można było w końcu wybrać się po sprawunki,  do teatru, przyjmować gości i samemu jeździć  z wizytą. Przed Świętami wszyscy zjeżdżali do swoich rodzinnych dworów. Młodzież miała przerwę świąteczną, dorosłe dzieci przyjeżdżały ze swoimi małymi pociechami. Zjeżdżała się rodzina z miasta a nawet z zagranicy.


                        PRZYGOTOWANIA

Przygotowanie do świąt Bożego Narodzenia rozpoczynały się z początkiem adwentu i trwały cztery tygodnie. Oczywiście w tym czasie nie urządzano żadnych balów, wesel, nie słuchano skocznej muzyki. Zamiast tego uczestniczono w  roratach, głównie kobiety i dzieci, które były odprawiane tuż przed wschodem słońca. Mimo że często  trzeba było wstać już o piątej rano żeby pokonać drogę do Kościoła, to dzieci uważały nabożeństwa za przyjemność.  Po roratach wracano pędem do domu, żeby zjeść śniadanie i wypić coś gorącego.

Dzieci również miały przedświąteczne zadanie – przygotowanie ozdób choinkowych. Większość trzeba było wykonać własnoręcznie bo w mieście można było dostać tylko bombki i anielskie włosie. Był również kupowany i używany biały proszek aby posypać gałęzie choinki.  Długie wieczory dzieci spędzały wraz z rodziną na wspólnym tworzeniu. A co robiono? Łańcuchy z kolorowych bibułek i słomek, szyszki i włoskie orzechy malowano, nawet skorupki jaj miały swoje wykorzystanie i dzięki nim powstawały na przykład aniołki. Ozdoby wycinano też z papieru. Dawna choinka miała też wyjątkowy smak bo obwieszały ją różnego rodzaju smakołyki. Pierniczki, ciasteczka, jabłka, figi, marcepan, cukierki  w błyszczących papierkach. Takie cukierki pamiętam jeszcze za dzieciństwa jak jeździliśmy na Wigilię do mojej cioci. A słomkowe łańcuchy, anielskie włosie były u mojej babci i dziadka jak byłam oczywiście małą dziewczynką. Ciekawostką są ozdoby wykonywane z opłatków z którego wycinano różne świąteczne kształty a potem tworzono przestrzenne kompozycje. Jak wiecie opłatki bardzo łatwo się kleją.  Warto dodać, że kiedy polska odzyskała w końcu swoją upragnioną niepodległość w 1918 roku to nawoływano do używania tylko polskich produktów i kultywowania polskiej tradycji.

Maria Dąbrowska, która zamieszkiwała dworek w Russowie wspomina jak opłatki trafiały już do nich w połowie grudnia i przynosił je w wielkim koszu organista z kościoła. Opłatki były w paczkach dla rodziny i dla służby . Nie mogło zabraknąć też barwionych opłatków głownie dla dzieci z których robiono później choinkowe wycinanki. Dzieciaki również uwielbiały przy okazji objadać się opłatkami, które przypalały nad lampą naftową. Ponoć tak smakowały najlepiej według Dąbrowskiej. Może spróbuje nad świeczką w tym roku i się przekonam ;-D A dworek Dąbrowskiej odwiedziłam kilka lat temu. Możecie zobaczyć klikając TU


              ŚWIĄTECZNA CHOINKA

Choinka pojawiała się we dworze dzień przed Wigilią albo nawet  w samą wigilię. Musiała być duża i stawiano ją w jadalni bądź salonie. Świeczki zapalano raz albo dwa bo nikt nie chciał aby spłonęła razem jeszcze z prezentami. Sztuczne ognie odpalano w  wigilijny wieczór. Pod choinką musiała również stanąć szopka z figurkami a w Wigilię pojawiały się tak długo wyczekiwane prezenty.


                                                            PREZENTY, CZYLI  ZIEMIAŃSKI PREZENTOWNIK

Przygotowywanie prezentów również zaczynało się dużo wcześniej, bo obdarować należało oprócz domowników, służbę i ich dzieci a także pracowników folwarków i ich rodzin. Żeby temu wszystkiemu podołać sporządzano szczegółowe listy wszystkich osób i dzieci. Szyte były dla nich ubrania, dla niemowląt czepki włóczkowe. Potem wszystko pakowano i rozwożono. Służba domowa i stajenna dostawała worek z bakaliami i prezent indywidualny. Trochę podobnie jak u nas dostawano coś z ubrania. Kobiety na przykład materiał na nowa suknię bądź bluzkę, lub zawsze potrzebne  pończochy. Panowie za to koszule, skarpetki, rękawiczki i tego typu rzeczy zawsze przydatne chyba każdemu.

Nie możemy oczywiście zapomnieć o dzieciach i prezentach dla nich które w zależności od regionu przynosił Św. Mikołaj, Gwiazdor bądź Aniołek. No i co znajdowały pod choinką? Lalki i domki dla lalek z całym wyposażeniem drewnianych mebelków, konie na biegunach, misie, klocki, drewniane bębenki, dla chłopców kolejkę z wagonikami i lokomotywą parową a także samochodziki. Bardzo popularnym prezentem dla dzieci jak ich dorosłych  były książki. Dostawali je również służba i dzieci z folwarku. Przyznam Wam, że nie wyobrażam sobie świąt bez książki. Przynajmniej jedna musi się znaleźć pod choinką. Kiedyś z moim przyjacielem mieliśmy taką właśnie tradycję, że wysyłaliśmy sobie książkę pod choinkę.  Pochodzimy z różnych miast więc książki dostarczała poczta. Znaliśmy się na tyle dobrze, że nie było pomyłki i zawsze dla mnie to były wartościowe pozycje, które do tej pory mają szczególne miejsce w moim domu. Są zebrane razem w jednym miejscu. Ta tradycja niestety upadła wraz z końcem przyjaźni więc teraz sama sprawiam sobie co najmniej jedną. W tym roku już są zamowione. Wracając jednak do naszego Dworu, zajrzyjmy teraz do kuchni……..


                                                                POTRAWY ŚWIĄTECZNE WE DWORZE

Przygotowanie potraw również zaczynało się z początkiem grudnia. Najpierw, tradycyjnie świniobicie i obróbka. Gotowano mięso, przygotowywano wędliny, kiełbasy, pasztety, wędzono baranie, wołowe i wieprzowe szynki. Ponoć przysmakiem były marynowane ozory. Niektóre ciasta również trzeba było robić wcześniej. Na przykład pierniki i ciasteczka choinkowe. Kiedy tylko zabierano się pieczenie słodkości dzieciaki wpadały do kuchni oblizywać resztki czekolady, lukru i innych słodkości. Kto też lubi wkładać w palucha w takie rzeczy? Ja na pewno. ;-D Kucharkę bądź co lepiej jak było stać kucharza zatrudniano w każdym dworze choćby nie wiem jak miało to obciążyć budżet. A największy prestiż nadawał Dworu kuchasz francuski bądź taki, który francuską sztukę gotowania miał opanowane. W dużych dworach z licznymi gośćmi czasem trzeba było zatrudnić dodatkowego bądź dwóch. Na postną wigilię przygotowywano  oczywiście ryby kupowane w wigilijny poranek. Kiedy byłe ostre mrozy zatrudniano profesjonalnych rybaków. Ryby podawano na wiele sposobów: smażone, pieczone, gotowane, w galarecie. „Szczupak po żydowsku lub w szarym sosie oraz karp w szarym sosie należały do świątecznej klasyki.” A co to był ten szary sos? Zasmażka z mąki i masła oraz wywaru, przyprawione winem, sokiem z cytryny, karmelem, migdałami, rodzynkami a  na koniec zagęszczano utartym piernikiem. Na deser oczywiście ciasta: obowiązkowo piernik na miodzie i makowiec. Nie można zapomnieć oczywiście o bakaliach – rodzynki, figi, daktyle, orzechy no i zagraniczne pomarańcze z mandarynkami.


                                                                                    BOŻE NARODZENIE

 Jak tylko minęła północ, kończył się post. Często po powrocie z pasterki już próbowano mięsnych specjałów. Śniedanie  Bożonarodzeniowe było obfite i często przeciągało się w czasie. Przed objadem serwowano zakąski np. homar, śledziki, sardynki, kawior. Menu obiadowe było mięsne: kiełbasy, kaszanki, bulion z mięsnymi pasztecikami. Pieczeń,  indyk z kasztanami, jarzyna i lody. Po obiedzie w salonie pito herbatę, kawę, raczono się bakaliami i owocami cytrusowymi. Wieczorem kolacja z dwóch dań: mięsna i słodka. Dzień upływał nie tylko na jedzeniu. W południe jechano na Sumę a po południu na Nieszpory Bożego Narodzenia. Dopiero następnego dnia rozpoczynały się wizyty, zabawy i kuligi nazywane „szlichtadami”. Dwory odwiedzali też Kolędnicy: Gwiazdorzy i przebierańcy w wigilię a Herody w pierwszy dzień świąt. Całe świętowanie trwało do Trzech Króli, później rozbierano choinkę a życie wracało do powszedniego porządku.


Mam nadzieję, że podobała  się Wam świąteczna  wędrówka w przeszłość. Tekst by nie powstał, gdyby nie cudowna książka Maji Łozińskiej „ W Ziemiańskim Dworze”. Chciałabym móc przeżyć takie święta ale wehikułu czasu jeszcze nie odkryłam. Kiedyś celebrowano i czekano na święta. Tylko wtedy jadano takie smakołyki a wszystko było „wyczekane” Nie miało się tego na co dzień a jakość jedzenia też była inna. Teraz kiedy półki się uginają i można mieć co się chce, nie sprawia to takich wyjątkowych emocji. Dzieci rozpieszczone masą  zabawek nie doceniają i nie szanują tak prezentów. Czasy się zmieniają, wszystko i wszyscy pędzą. Warto się zatrzymać w tym świątecznym okresie i podziękować za to co mamy. Wdzięczność jest bardzo ważna…

Buziaki,

Wasza Jo

 


Skansen w Sierpcu, czyli filmowe tło dla wielu produkcji. Plus Wideo

Skansen w Sierpcu, czyli filmowe tło dla wielu produkcji. Plus Wideo

Niczym Zosia z "Pana Tadeusza"

 Skansen w Sierpcu odwiedziłam dokładnie osiem lat temu. Można zobaczyć w archiwalnym wpisie. Czy ja dużo się zmieniłam??? ;-)  Teraz wybrałam się  z siostrą.  Nabrałam ochoty po obejrzeniu serialu Stulecie Winnych znowu zobaczyć skansen i przenieść się w sielsko wiejskie klimaty. Pogoda nam dopisała a ludzi nie było dużo. Na szczęście. Z powodu pandemii nie było opcji zwiedzania z przewodnikiem. 

Kiedy wejdzie się już na teren skansenu,  minie pierwsze kapliczki  to na naszej drodze zwiedznia najpierw pojawi się  Karczma razem z zagrodą kowala i kuźnią. W Polsce pierwsze karczmy pojawiały sie już w okresie średniowiecza. Kiedyś to władca decydował i nadawał prawo do prowadzenia karczmy szlachcie bądź duchowieństwu.  Było to miejsce gdzie podróźni mogli zatrzymać się w czasie podróży, zjeść i przespać noc. Później karczmy rozwinęły się w miejsca gdzie kwitło życie towarzyskie. Był to już nie tylko przystanek w czasie podróży a miejsce do zabaw, spotkań czy zawierania umów. Czasem bywało też niebezpiecznie na skutek nadużywania alkoholu  dochodziło do bójek. Jednak co warto zauważyć w karczmnie pochodzenie nie miało znaczenia. Wszyscy byli równi. Mógł tu przyjść zjeść i szlachcic i chłop.

Karczma przeniesiona ze wsi Sochocin to jeden z pierwszych budynków przeniesionych do Skansenu. Zbudowana została w XVIII wieku. Wykorzystano ją w kilku filmach. Nagrywano tu sceny do "Ogniem i Mieczem", "Pana Tadeusza" oraz serial S"Hej zable w Dłoń"

Przechodząc dalej dojdziemy do ślicznego Dworu z Bojanowa. Uwielbiam Dwory, to taka nasza staropolska tradycja. Szkoda, że wojna i czasy powojenne tak zniszczyły piękne niegdyś polskie dwory. Sama chciałabym kiedyś mieszkać w takim dworku. Ten jest wyjątkowo pięknie wyposażony. Kiedy przejdziemy przez drzwi frontowe i sień dojdziemy do ślicznego salonu gdzie głównie koncentrowało się życie towarzyskie rodziny. Ze względu na przyjmowanie gości właśnie w salonie znajdowały się zawsze najlepsze i najpiękniejsze sprzęty; wygodne wyściełane meble, cudny fortepian na którym miałam ochotę zagrać, serwantki z  drogimi bibelotami a także kominek. Nie mogło zabraknąć też sypialni z ogromnym łożem (przy którym stoi uroczy porcelanowy nocnik), Gabinetu, gdzie spotykało się męskie grono na cygaro i brandy aby porozmawiać o polityce, polowaniach czy pograć w karty bądź szachy. Za Gabinetem znajduje się Kancelaria gdzie pracował Pan Domu, dbał o sprawy majątku, wydawał polecenia rządcy, przyjmował oficjalistów, włościan i innych interesantów. Kuchnia gdzie wypiekano różne staropolskie specjały razem ze spiżarnią też miała swoje miejsce. 

Oczywiście Dworek również stanowił tło filmowe dla filmów. Ponownie "Ogniem i Mieczem", "Przeprowadzki" oraz "Przez Piekło dla Hitlera"

Opuszczamy to urocze miejsce i zachaczamy o XVIII- wieczny kościółek z miejscowości Drążdżewo. Tu kręcono sceny z serialu Stulecie Winnych. Później wkraczamy w głowną Aleję skansenu przy której stoją wiejskie zagrody przetransportowane z różnych części Mazowsza. Tak jak kilka lat temu nie mogłam ponownie nie usiąść na ławeczce przy niebieskiej Zagrodzie  z Izdebna Kościelnego. Należała ona do średniozamożnego chłopa. Istniały różne mity odnośnie tego niebieskiego koloru. Pierwszy to że miał odstraszać robactwo. Drugi, że mieszka tu panna na wydaniu. Te dwa mity obalił Pan z obsługi skansenu którego zaczepiłam na naszej drodze zwiedzania. Mówiłam, że ja sobie poradzę nawet bez przewodnika. No i uwielbiam zagadywać ludzi. Uprzejmy Pan mi wyjaśnił, że kolor to zwykły przypadek. Dawniej kobiety dodawały do prania barwnik ultramaryna. I ten oto barwnik kiedyś przypadkiem dostał się do wapna. Najwyraźniej ludzie pragnęli jakiegoś koloru w życiu i tak zostało. W tej zagrodzie znajdziemy również budynki dla zwierząt, stodołę i pasiekę.

Kolejna "niebieska" zagroda  z początku XX wieku pochodzi z Czermna. I tutaj urzekły mnie kwiaty posadzone w małym ogródeczku. Te kolory cudnie odbijały się od domku. Cała zagroda nalezała kiedyś do wielopokoleniowej rodziny. Wystrój był bogato ozdobiony w charektyrystyczny sposób dla regionu z którego pochodził. Zagroda z niewielkim białym domkiem to urządzona szkoła z izbą dla nauczyciela. 

Kolejna o której chce Wam wspomieć to oczywiście serialowy dom rodziny Winnych z serialu. Cała zagroda pochodzi ze wsi Dzierżążnia i ta zagroda należała do zamożnego chłopa. Wystrój wnętrza pochodzi z lat 20-tych XX wieku. Nie mogłam sobie odmówić posiedzenia na ławeczce jak bohaterki serialu. Zdarzyło się Wam podróżować po miejscach gdzie kręcono filmy?  Oczywiście jak dorwalam "mojego" prywatnego przewodnika czyli sympatycznego Pana nie mogłam nie podpytać go o serial i inne produkcje telewizyjne.  Powiedział że sceny krecone są tylko na zewnątrz. Nie udostępniają wnętrz. Jedyne co produkcja może zrobić od środka to nagrać scenę z okna od wewnątrz jak potrzebują takie ujęcie. Tutaj obsługa bardzo o to dba, więc pilnują aby nic nie zostało naruszone bądź uszkodzone. Wszystkie wnętrza to już studio telewizyjne. Jeśli nagrywane jest coś w skansenie to turyści mogą zwiedzać. Wyłączone są tylko te obiekty gdzie jest nagranie, ale można sobie z daleka podpatrzeć jak kręcą. Chwilę żeśmy odpoczęły, poganiałam kozy i kury i ruszyłyśmy dalej. 

Mijałyśmy kolejne domki aż doszłyśmy do kolejnego Dworu z Uniszek Zawadzkich. Była to początkowo wiejska siedziba rodziny drobnoszlacheckiej. Wnętrze jest wyposażone w sprzęty i pamiątki historyczne z okresu powstania styczniowego. Dwór różni się od poprzednego nie tylko wyglądem zewnętrznym ale i wewnętrznym. Meble jak i pomieszczenia znacznie się różnią ale zostawiam to Wam. Przyjedźcie sami porównać i dajcie znać który bardziej się Wam podoba.  Na samym końcu dotarłyśmy do Zespołu Wyszogrodzkiego w skład kórego weszły zagroda rodziny Koperów z Rębowa, druga zagroda rodziny Bogdanów, oraz chałupa bezrolnego chłopa ze wsi Bolino.  Przyznaję, że w zagrodzie rodziny Koperów postanowiłam zrobić małe porządki przed domem i złapałam się za miotłę. Jak obejrzycie mój filmik to zobaczycie. Spacerując po ich sielskim ogródku czułam się trochę jak Zosia z Pana Tadeusza. 

Zostawiam Was przy ostanim najdalej wysuniętym obiekcie skansenu czyli Wiatraku z Zalesia. Tego typu wiatraki potocznie nazywano "Koźlakami" ze względu na solidną, nieruchomą podstawę młyna zwaną "Kozłem" Była to najpopularniejsza forma młyna wietrznego na Mazowszu. Ostanie "koźlaki" powstały w pierwszej połowie XX wieku.

Zachęcam Was do obejrzenia filmu. Tam więcej pięknych ujęć i miejsc o których pisałam. Byliście w Sierpcu? Polecicie mi jeszcze jakieś fajne wiejskie i dworkowe klimaty? Jestem ciekawa czy jest tu ktoś kto uwielbia "przeszłość" jak ja.

Buziaki,

Wasza Jo




Zagroda z Ostrowa czyli wiejska szkoła

Udało mi się odtworzyć zdjęcie z przed ośmiu lat. Siedziałam wtedy w niebeiskiej sukience na tej samej ławce.

Zagroda z Czermna i boskie kwiaty


Na słynnej ławeczce u Winnych


Serialowy dom rodziny Winnych


Dwór z Uniszek Zawadzkich




Zagroda z Rębowa


Małe porządki









Wizyta w Opinogórze, czyli o rodzinie Krasińskich słów kilka.... Plus VIDEO

Wizyta w Opinogórze, czyli o rodzinie Krasińskich słów kilka.... Plus VIDEO

 


   Podążając za jeszcze nie odkrytymi pałacykami na Mazowszu przyjechałam do Opinogóry śladami poety Zygmunta Krasińskiego.  Pałacyk jest w stylu neogotyckim i był to prezent ślubny od ojca Zygmunta, gen. Wincentego. Sam pałacyk został wybudowany w pierwszej połowie  XIX wieku. Był stopniowo rozbudowywany, jednak działania wojen sprawiły że pałac został zniszczony. Dopiero w latach 50-tych XX wieku zdecydowano o jego odbudowie i zgromadzono w nim pamiątki po rodzinie Krasińskich tworząc tym samym Muzeum Romantyzmu.

Zakupiłam  tutaj kolejną książkę  Magdaleny Jastrzębskiej pt. „Pani na Złotym Potoku” dzięki której mogłam dowiedzieć się coś więcej o rodzinie Krasińskich. Nasz poeta nie wypada  jakoś wybitnie pozytywnie. Nie należał on do mężczyzn zakochanych i wiernych swojej żonie. Wręcz przeciwnie, jego wielką miłością była Delfina Potocka, którą poznał w Neapolu w wieku 26 lat. Mówiono wtedy, że był to jeden z najsłynniejszych  romansów epoki romantyzmu. Cóż, Delfina była piękną kobietą, oprócz tego była sprytna  i potrafiła swoje walory wykorzystać.  Była próżną i egzaltowaną  snobką, która lubiła pokazywać    swoją wyższość nad zwykłym i szarym otoczeniem. Można by porównać ją  do ówczesnych pustych „celebrytek”, które myśląc, że zgromadziły wokół siebie marną publikę, uważają się za kogoś lepszego. Różnica polega tylko na tym, że kiedyś trzeba było mieć dobre pochodzenie a teraz wręcz przeciwnie. Im większe prostactwo tym większa atencja. Wróćmy jednak z  powrotem do XIX wieku. Nasz Zygmunt wpadł jak śliwka w kompot z tym swoim uczuciem do Delfiny jak typowy facet, co to poleci w pierwszej kolejności na wygląd a nie osobowość.  Ona natomiast miała męża jednak szczęśliwa w tym związku nie była. Rekompensowała to sobie pieniędzmi, kontaktami, urodą co spowodowało, że stała się taka  próżna i egzaltowana. Była prawdziwą „Lwicą Salonową” która inspirowała m. in.  naszego Chopina.

Jednak ojciec wybrał Zygmuntowi żonę, a została nią Eliza Branicka. Co prawda matka Elizy nie była zbytnio zachwycona tym wyborem bo widziała dla córki kogoś innego. Niemniej jednak Zygmunt oczarował  Elizę i oświadczył się jej na początku 1843 roku. Nie miał zamiaru oczywiście rezygnować ze swojej wielkiej miłości czyli Delfiny, z którą spędził upojny miesiąc we Francji tuż przed ślubem. O Boże drogi czy to kiedyś czy dziś mężczyźni jednak potrafią rozczarować swoim zachowaniem. Ślub odbył się 22 lipca a załamany Zygmunt żalił się w listach do ukochanej  o swoim nieszczęściu i cierpieniu. Eliza była za to zakochana w mężu, jednak w tym związku zawsze pozostawała  Delfina. Eliza, w przeciwieństwie do Delfiny była kobietą łagodną, spokojną o romantycznym usposobieniu. Była bardzo inteligentna, kompromisowa, miała zasady  i odznaczała się wielką godnością i siłą charakteru. Od razu ją polubiłam J Co ciekawe do skonsumowania małżeństwa doszło dopiero pół roku po ślubie bo nasz Zygmunt uważał ten akt za „gwałt na samym sobie”  Para doczekała się  czwórki dzieci : Władysława, Zygmunta, Marii i Elizy.  Życie z Zygmuntem do łatwych nie należało, przez co nazywano ją „aniołem dobroci”. Życie w trójkącie to wyzwanie dla każdej kobiety, której zależy mimo wszystko na mężu i rodzinie. Mężu, który potrafił być dodatkowo tak wyrachowany, że zabrał swoją żonę w podróż do Nicei razem z kochanką i wymagał od żony aby okazała jego przyjaciółce „serce i sympatię” No na takie pomysły to tylko facet może wpaść.  Jakby tego było mało Zygmunt ciągle cierpiał na różne choroby, a że wiadomo jak to z artystami bywa jego stany chorobowe potęgowały narzekanie i upajanie się własnym cierpieniem. Miał bogato rozwiniętą hipochondrię. Stanowiło to też świetny powód aby w ramach wszelakich kuracji podróżować po uzdrowiskach z kochanką. Cały ten „manage a trois” odbił się też na zdrowiu Marii u której stwierdzono wycieńczenie i zły stan nerwowy. Delfina potrafiła też  najechać ich w domu i szarogęsić się jak Pani na włościach rozporządzając służbą Krasińskich jak swoją i będąc lekko mówiąc „niegrzeczną” w stosunku do Elizy, która w przeciwieństwie do tej egzaltowanej rozhisteryzowanej Lali miała wielką klasę i traktowała jej zachowanie jak kobiety z nizin społecznych. Mimo wszystko Maria jak dobra i oddana żona trwała przy mężu i pielęgnowała go w jego licznych chorobach. Rodzina dużo   podróżowała po Europie jednak Eliza lubiła spędzać czas w Polsce. Zresztą prowadzenie domu, wychowanie dzieci i wszystkie rzeczy z tym związane były na jej głowie.

Czasem ciężki i okrutny los nie oszczędzał rodziny Krasińskich.  Najmłodsza córka Eliza zachorowała na ból gardła. Niestety zrobił się wrzód i dziecko udusiło się. Maria bardzo to przeżyła nawet Zygmunt zawsze zajęty głównie tylko sobą dostrzegł u żony ciężki stan i zaczął w końcu zachowywać się choć trochę jak zatroskany, prawdziwy mąż co przejawiło się w czulszych listach do żony. Maria z dziećmi wyjechała na jakiś czas do Francji. Zaledwie rok później zmarł ojciec poety Władysław a Zygmunt na początku roku 1895 mocno podupadł na zdrowiu. Niestety tym razem się nie udało i   Krasiński zmarł  w nocy 23 lutego  w otoczeniu rodziny w Paryżu. Jego prochy przywieziono do Opinogóry gdzie spoczęły w Mauzoleum Krasińskich.

Po tych tragicznych wydarzeniach w życiu Marii zaświeciła się iskierka nadziei na lepsze jutro.  Wyznaczony jeszcze za życia Wincenta kuzyn Ludwik Krasiński po śmierci Zygmunta zajął się wszystkimi sprawami majątkowymi. Bardzo się z Marią polubili. Był to człowiek całkowicie odmienny od Zygmunta, więc nie dziwota, że Maria w końcu się w nim zakochała. Wbrew wszystkim przeciwnym opiniom para wzięła ślub w 1860 roku. Maria niedoczekana się potomstwa z Ludwikiem gdyż jedyne dziecko  nim poroniła. Za to jej dzieci bardzo pokochały Ludwika. Następne lata rodzina spędzała częściowo za granicą a częściowo w Polsce. Maria dbała o edukacje swojej córki Marii Beatrix, która miała lotny umysł i bardzo szybko się uczyła. Jej starszy brat Zygmunt niestety był słabego zdrowia i w wieku 21 lat zmarł co spowodowało kolejny cios dla rodziny Krasińskich.

Następne lata upłynęły rodzinie na podróżach między Polską a Europą, kształcenie dzieci, w międzyczasie brat Marii Władysław wziął ślub z Różą Potocką. Doczekali się trojga dzieci jednak Władysław odziedziczył po ojcu skłonność do gruźlicy i na tą chorobę przedwcześnie zmarł. Nasza Maria była bardzo związana z bratem przyjacielską więzią. Mniej więcej w tym samym okresie miała szansę zostać żoną króla Szwecji Karola XV, który zobaczył portret Marii przypadkowo podczas podróży. Były poczynione przygotowania do zaręczyn jednak wszystko było trzymane w tajemnicy. Niestety, król zmarł nagle a tron Szwecji przypadł jego młodszemu bratu. Marii pozostało czekanie na kolejnego wybrańca losu. Zanim to nastąpi, wydarzy się jeszcze jedna strata w rodzinie. 15 maja 1876 roku odchodzi Eliza nabawiając się śmiertelnego w skutkach zapalenia płuc. Cały majątek pozostawiła w spadku swojemu mężowi Ludwikowi.

Ponoć kto czeka to się doczeka i na drodze Marii w końcu stanął mężczyzna. Prawdziwy gentleman hrabia Edward Raczyński. Przystojny, inteligentny, czarujący, światowy, no typ który podobał się kobietom. I trzeba dodać że nie tylko Marii wpadł w oko. Jeszcze jedna kobieta się mocno w nim podkochiwała a była to …. Szwagierka Marii, Róża Potocka. W ostateczności Edward wybrał Marię, nie będę słać tu teraz domysłów że „poleciał” na jej fortunę. Zresztą przed zawarciem małżeństwa 9 kwietnia 1877 roku została podpisana intercyza o rozdzielności majątkowej. Maria mogła dysponować wszystkim co posiadała samodzielnie. Na ślubie nie pojawił się jednak stryj- ojczym Marii Ludwik, który nie aprobował tego wyboru. Nasz kawaler w oczach Ludwika „jawił się jako człowiek prawie bez pieniędzy, na skraju bankructwa,” Mało tego nie należał do osób pracowitych i nie miał w ogóle głowy do interesów.

Na początku małżeństwa Maria była bardzo szczęśliwa, doczekała się z Edwardem jedynego syna Karola. Ich życie było dzielone pomiędzy pałac w Rogalinie, gdzie Maria czuła się wyjątkowo dobrze a pałac w Złotym Potoku. To Wincenty kupił dawno temu dobra potockie dla Zygmunta i to tutaj miała się mieścić siedziba rodu Krasińskich. Jednak historia potoczyła się inaczej i miejsce to trochę podupadło, ponieważ rzadko tu przyjeżdżano. Do czasu aż zawitała tu nasza świeżo upieczona hrabina Raczyńska i postanowiła zrobić tu porządek. Z czasem w małżeństwie Raczyńskich zaczęły pojawiać się rozbieżności. Dwa silne charaktery i indywidualności łatwo ze sobą nie miały. Edward to była dusza towarzystwa która świetnie odnajdowała się na salonach Maria wręcz przeciwnie szukała ciszy i spokoju a wielki świat przepełniony snobizmem ją męczył. Nie to co Edward, który sypał historyjkami i żartami jak z rękawa i uwielbiał być w centrum zainteresowania. Takie rozbieżności prowadziły do częstych spięć i kłótni.

Jaka była Maria? Mówiono o niej często „kobieta egzotyczna” albo „  trochę zwariowana” A to dlatego, że nie bała się mówić co myśli, nie podążała często utartym szlakiem arystokratycznego świata w którym się znajdowała.  Była wymagająca  w stosunku do otoczenia a często snobistyczny i próżny świat ją wręcz drażnił.

„Nie tęskno mi do ludzi, których bym mogła zastać w salonie, którzy są zdolni rozprawiać całymi godzinami o intrygach buduarowych i toaletach….” Nie znosiła dwulicowych ludzi, obłudy i nie raz zdarzyło się jej nie kryć oburzenia, mimo że damie nie przystawało takich rzeczy głosić. Wolała otaczać się inteligencją, artystami, uczonymi i ludźmi którzy mieli „ dżentelmeństwo w ułożeniu i postępowaniu”. A jak nie trawiła dorobkiewiczów i ludzi którzy mimo sfery w której się znajdowali w głowie dużo nie mieli. Aż przytoczę tu cytat Marii „Tacy ludzie cisną do salonów Deotymy a jednego z jej wierszy nie przeczytali, bo na polską książkę szkoda i  czasu i pieniędzy”. Uwielbiam już ją. Kto umie czytać między wierszami i trochę mnie zna, nawet po moich blogowych tekstach  to wie o czym mówię.   A dobroczynność na pokaz, tu dopiero Maria była zniesmaczona.  Była patriotką. Nie bała się krytykować nawet kobiet ze swojej sfery gdzie mąż zapewniał strumień pieniędzy a dzieci to tylko wystrojone lalki na pokaz. Nie potrafiła zrozumieć „wielkich dam”,  które wydawały fortunę na paryskie stroje. Maria całą swoją toaletę zamawiała w Polsce i nawet sprowadzała specjalnie jeśli była za granicą. Dla niej to był obowiązek jako klasy uprzywilejowanej wspierać polski przemysł.  Cóż za analogia występuje tu pomiędzy czasami Marii a naszymi. Widać, że nie ważne czy to XIX  czy XX  wiek. Ludzka natura się nie zmienia. Otoczenie się tylko  zmienia.

Hrabina Raczyńska jawi się jako osoba o niezależnych poglądach, odważna o niezwykłym zmyśle obserwacji świata i ludzkiej natury. Nie bała się mówić i pokazywać tego co myśli nawet jeżeli było to odmienne od większości osób które ją otaczało.  Niestety nie zjednywało to przyjaciół i często czuła się samotna. Jak ja doskonale ją rozumiem i ile z hrabiną mam wspólnego. Myślę, że byśmy się bardzo dobrze porozumiały ze sobą i może nawet zaprzyjaźniły. Takie porozumienie dusz miała tylko ze swoim bratem Władysławem.

Życie małżeńskie z Edwardem stawało się coraz trudniejsze, Maria zaczęła podupadać na zdrowiu. Edward nie wykazał się wsparciem dla Marii, a należy pamiętać, że były to czasy gdzie mężczyźnie wybaczało się wszystko a kobiecie nic. Maria zabrała Karolka i wyjechała do Włoch. Tam nawiązała mocną i silną przyjaźń z Anielą Trypplin. Zdrowie jednak nie ulegalo poprawie a stosowanie morfiny przez lekarzy jako lekarstwa miało niestety zły wpływ na organizm i często prowadziło do morfinizmu.

Maria zmarła 24 sierpnia 1884 roku w Trydencie. Ciało sprowadzono do kraju i pochowano w mauzoleum w Rogalinie. Dwa lata po jej śmierci Edward ponownie się ożenił i to z wcześniej odrzuconą szwagierką Marii Różą, która w wieku czterdziestu lat dała  mu pierwszego syna Rogera a dwa lata później Edwarda, który zostanie polskim dyplomatą, politykiem i prezydentem RP na uchodźstwie w latach 1979-1986. Syn Marii Beatrix Karol wychowywał się razem z dziećmi Róży i Edwarda oraz kuzynostwem czyli dziećmi Rózy z pierwszego małżeństwa. Został spadkobiercą Złotego Potoku. Doczekał się czwórki dzieci ze swoją żoną księzniczką Stefanią z czego dwójka dożyła wieku dojrzałego.

Na tym zakończę historię rodziny Krasińskich. Mam nadzieję że zachęci to Was do przeczytania książki na podstawie której powstał ten tekst pt: „ Pani na Złotym Potoku” Magdaleny Jastrzębskiej, a także poszperania co działo się dalej ze Złotym Potokiem, a także jaką żoną była Róża i jak układało się jej z Edwardem. Jeśli chcecie zobaczyć wnętrza pałacu w Opinogórze, dworku i oficyny to zapraszam na mój krótki film w stylu vintage.

Buziaki,

Jo



@teddyloveblueberry zawsze ze mną w podróży










 

 


 

 


Copyright © 2016 Fashionable Trips , Blogger